5 paź 2018

Od Odette C.D Adam

     Wiatr, który dmuchał mi prosto na twarz, sprzątał wszystkie łzy, jakie zdążyły wypłynąć spod półprzymkniętych powiek. Lekkie ilości alkoholu tylko odrobinę dawały się we znaki, przez co prawie złamałam obcas. Albo skręciłam kostkę. Kierowała mną wyłącznie ochota ucieczki od tamtego miejsca. Od tamtego człowieka. W mojej głowie kłębiła się niekontrolowana chmara myśli o tym, co się stało. Jak do tego doprowadziłam.
     Pójście z szefem na balet?
     Tylko głupi się na to pisze.
     Dajesz, Odette. Niedługo zobaczysz swój upragniony akademik. 
     I nic z tego. Szybkie, ale delikatne szarpnięcie zwróciło mnie w zupełnie odwrotną stronę. I poczułam tylko lekkie ukłucie zdziwienia, widząc Adama, którego oczy błyszczały od pochłoniętych procentów.
     - Przepraszam – powiedział bez zawahania i momentalnie złapał za moją rękę. Jednak ze względu na sytuację, która miała miejsce, pełna obaw wycofałam ją z uścisku. – Za dużo wypiłem, jestem frajerem i przepraszam – powtórzył.
     Milczałam przez dłuższy czas.
     - Zostaw mnie, proszę – szepnęłam tylko i spróbowałam go wyminąć. Teraz dopiero zaczęłam odczuwać negatywne skutki bycia cudownym dzieckiem anioła, bowiem wystarczyło tylko jego „przepraszam”, a cała złość, zawód, zaczęły parować niczym woda. Znikały, a mi to nie odpowiadało. Co, jeśli pomyśli, że jestem łatwa?
     - Naprawdę nie wiem, co we mnie wstąpiło… – Smutny, cichy głos mężczyzny stał się jedynym dźwiękiem w okolicy. Żadnego szumu wiatru. Żadnego samochodu. Tylko ja i Adam, jak gdybyśmy zostali ostatnimi ludźmi na Ziemi.
     Uświadomiłam sobie, że stoję w miejscu. Że z jego słowami kompletnie zesztywniałam, mimo że głos w umyśle wręcz krzyczał, bym się ruszyła. Daj sobie chwilę, Odette. 
     - Proszę, po prostu… nie rozmawiajmy o tym. – Mój głos po raz pierwszy rozbrzmiał z takim chłodem, dając mi odnieść wrażenie, że nagle cała ulicę dookoła skuła warstwa błyszczącego szronu.
     - To może cię chociaż odprowadzić? – Westchnął ciężko i oparł przedramię o ścianę, zapewne by nie zatoczyć się w powietrzu. Zlustrowałam go szybkim spojrzeniem, kręcąc głową.
     Nie pokazuj, że jest z tobą łatwo. 
     - Dam sobie radę. Akademik jest zaraz za rogiem… do poniedziałku. – Ostatnie dwa słowa szepnęłam najciszej, jak tylko się dało. Wiedziałam, że zbliżające się dni wyleją na mnie całe wiadro emocji. Nie starałam się uciekać od tej myśli.
     Wróciłam do pustego mieszkania w akademiku, zdjęłam w progu uciskające, niewygodne szpilki. Ogarnął mnie cały ciężar dnia, a głowa, pomimo znikomych ilości alkoholu, zaczynała zwyczajnie ćmić. Co by było, gdybym wypiła tyle samo, co Adam?
     Nie, nie, nie wolno ci o tym myśleć. 
     Nie pamiętałam nawet, kiedy zmorzył mnie sen, ani co robiłam przed zatonięciem w miłych falach pościeli.

***

     W przeddzień pracy starałam się oczyścić swój umysł. Uzupełnić go sporą dawką tego mojego charakterystycznego entuzjazmu i pozytywnego myślenia, które akurat dzisiaj, nie dziwiąc się, przychodziło mi cholernie ciężko. Naciskające w głowie myśli nie dawały spokojnie funkcjonować, ręce drżały na samo wyobrażenie, jak będzie wyglądała praca następnego dnia. Napięcie. Rozproszenie. Stres. Rzeczy, o których myślałam, nie można było kwalifikować do najpogodniejszych. Ba, większość z nich powoli wędrowała prosto do mojej podświadomości, chcąc, bym całkowicie przesiąkła złym stosunkiem do wszystkiego, co mnie otaczało. Podwalina mojego myślenia była jednak już postawiona. To, co mi pozostało, to zmienić materiały na dalszą konstrukcję.
     Najlepszą odskocznią okazała się nauka biologii. Zatracałam się w sprawdzonym przeze mnie schemacie powtarzania każdego zdania w kółko i tak do skutku, dopóki wiedza odpowiednio nie rozświetli mojego umysłu. Sądziłam też, że to jedna z rzeczy, z których niepokojąco trudno mnie wyrwać, jednakże życie po raz kolejny udowodniło, że bywa zaskakujące.
     Dwa, głośne stukoty, zrywające mnie z kanapy, przez co połowa z notatek i książek spadła z moich kolan prosto na podłogę. Nie siliłam się nawet na to, by je podnieść. Tak, jak wyglądałam – dokładnie to jak siódme nieszczęście, potwór bez makijażu, jak zwał, tak zwał – otworzyłam drzwi, przy okazji idąc po rozum do głowy i poprawiając minimalnie roztrzepane włosy. Zielone oczy z wielkim zdziwieniem zlustrowały dwie osoby. Adama, trzymającego w dłoni bukiet kwiatów, i Cindy, która tylko uśmiechała się w moim kierunku.
     - Hej? – szepnęłam nieco niepewnie, prawdopodobnie pierwszy raz w swoim calutkim życiu wymuszając uśmiech. Poczułam się z tym cholernie źle, ale nie miałam wystarczająco zapasów, by uzupełnić go szczerością.
     - Odette! – Cindy rzuciła się w moje objęcia. Nie mogłam tego nie odwzajemnić. Ten gest obudził we mnie ten mały, maciupci zalążek dobrego humoru, który szukałam od wczorajszego wieczoru.
     - Też cieszę się, że cię widzę. – Wydałam z siebie cichy chichot i chcąc, czy też nie chcąc, w końcu pochwycił mnie niebieski wzrok mężczyzny, w którym czaiła się skrucha.
     - Cokolwiek Adam zmalował, proszę, wybacz mu! – jęknęła.
     - Tak to się teraz robi? – zaczęłam z żartem wręcz wyskakującym z tych słów. – Przychodzi się z małą, słodką dziewczyną i wtedy prosi się o wybaczenie? Sądzisz, że jestem uległa? – kontynuowałam żartobliwie. Cudem udało mi się znaleźć na to szczyptę humoru i poszłam o zakład, że musiała być to zasługa młodej.
     Adam pokręcił głową oraz wyciągnął rękę z bukietem, prosząc tym samym, bym go przyjęła. Głośne westchnienie mogło zasugerować jedynie dobrym obserwatorom to, jakie dylematy chodziły mi teraz po głowie.
     Czy będę tego żałować?
     - Proszę, wejdź – szepnęłam, chwytając w dłoń bukiet ładnych, pachnących kwiatów.
     Byłam pod wrażeniem tego, jak szybko znika moja lekka uraza, jaką obiecałam sobie trzymać jak najdłużej. Tak, zwykle takie obietnice moralne nie wychodzą.
     Zachowaj dystans, Odette.

[Adaaam? ♥]

Od Lucii C.D Althea

    Dziwnie się czułam na tym całym “terapeutycznym wyjściu ukrycia” albo “terapii w plenerze”. Dobra, to i to nie pasuje do tego, co chciałam teraz powiedzieć. W każdym razie, jakie według Jeffersona jest najlepsze miejsce na terapię rodzinną? Bar. Tak, bar. Piękny, cudowny, przepełniony zapachem nikotyny, alkoholu, zmieszanego ze smrodem żuli, którzy swoje ostatnie pieniądze chcieli przesrać na parę drinków. Uroczo.
    Nie był to dla mnie ani trochę dobry pomysł. No bo powiedzmy sobie prawdzie w oczy. Nikt tej terapii nie chciał, prócz Jeffersona. Tego siwiejącego psychologa, o ciętym języku i charakterze piętnastoletniego chłopaka. Nie jest z naszą rodziną ani trochę blisko, ale i tak czy siak zagłębia się, nieproszony, w nasze sprawy. Ja rozumiem, że od tego jest. Ale nikt go o to nie prosił, ludzie święci. Dawno nie widziałam takiego upartego człowieka… albo jednak nie, odwołuję. Widziałam. Altheę we własnej osobie.
     - Ktoś tu nie lubi gry wstępnej. Dobra. - To były pierwsze słowa, które usłyszałam, i które wyrwały mnie z otępienia, które sprawił mi mój kochany umysł. Zmarszczyłam brwi i skupiłam się na jego dalszych słowach. - Zacznijmy od młodej. Jaki powód leży pod tym twoim całym walczeniem o tę rodzinę, co? Nie znasz Antonio. Nie powinnaś mu też ufać. Powiedz mi. Powiedz mi tak właściwie co tylko chcesz.
    Spojrzałam na niego zdziwiona. Taką reakcję wywołało u mnie między innymi to, jak szybko zmienił swój nastrój. Jak wcześniej tryskał energią i szalonym poczuciem humoru, tak teraz całkowicie spoważniał, wpatrując we mnie swoje lekko przeszklone oczy. Już otwierałam usta, żeby coś mu odpowiedzieć, lecz od razu coś mnie powstrzymało. Nie wiem co, jakaś wewnętrzna siła, która odebrała mi głos. Przestałam wiedzieć nawet o co mnie zapytał, ani też w jakiej galaktyce jestem i która godzina.
     - Mógłbyś powtórzyć - spytałam, z lekka speszona moim zachowaniem.
    Westchnął głęboko i zacisnął palce na nasadzie nosa, z powrotem kierując na mnie swoje zmęczone spojrzenie.
     - Nie, nie mam replayu we łbie  - przewrócił oczami. - Czemu walczysz o rodzinę?
     - Czemu jesteś taki nieprzyjemny? - uniosłam jedną brew, zbaczając na zupełnie inny temat, nie dotyczący nas, ani tego, po co się tu zebraliśmy. - Twoje żarty powoli przekraczają granicę dobrego smaku.
     - Czy ty wiesz, dziecko, co to jest granica dobrego smaku? - popatrzył na mnie z pogardą i wziął do ręki szklankę z alkoholem, po czym wlał go sobie trochę do gardła. - Ja też nie. Dla mnie nie ma czegoś takiego. Jestem Bogiem!
     - Jesteś idiotą - poprawiłam, uśmiechając się sztucznie. - A Boga nie ma.
     - Oh nie - złapał się za głowę. - Jedna z moich ulubienic nie chce mnie czcić, co za pech - westchnął, po czym chwilę później wrócił do tematu. - Więc, czemu walczysz cały czas tak zacięcie o rodzinę?
     - Bo chce ją w końcu mieć w komplecie - odpowiedziałam po chwili wahania i powoli przeniosłam wzrok w stronę mojej siostry. - Wiem, że tego nie uda mi się osiągnąć, bo mama nie żyje, ale chociaż żebyśmy w trójkę mogli spróbować jakoś żyć… - złapałam delikatnie Alt za rękę i ścisnęłam ją, uśmiechając się delikatnie. - Mama na pewno by tego chciała.
     - Mama by tego chciała, jeśli ten tchórz by nie uciekł. Kto wie, za kogo by to teraz miała - spojrzała na naszego ojca nieprzyjemnie, a ten tylko odwrócił wzrok.
     - Ach, Inez - Jefferson przerwał mojej siostrze tonem, który wskazywał na to, że próbował wygrzebać jakieś myśli, wspomnienia z czeluści swojego umysłu. Nie pomyślałabym, że mógł znać naszą mamę. - Złota kobieta. Zarywałem do niej, ale z jakiegoś powodu wybrała waszego ojca. - Podrapał się po głowie oburzony. - Nadal się kurwa zastanawiam, dlaczego.
     - Nie mówcie o niej - mruknął mój ojciec pod nosem. Najwidoczniej nie był zadowolony tym, w którą stronę poszła nasza rozmowa. Widać było, że nie chce rozmawiać o mamie. Zmarszczyłam brwi, skupiając swój wzrok na jego twarzy. Chciałam wiedzieć, dlaczego nie chce o niej mówić i unika tego tematu jak ognia. Dopiero teraz zauważyłam, jak rzadko wspominał mamę na przestrzeni tych tygodni spędzonych w jego towarzystwie.
     - Czemu? Chciałabym wiedzieć o niej więcej. Ty prawie w ogóle o niej nie wspominasz - wyraziłam swoje zdanie i przeniosłam swój przepełniony nadzieją wzrok na Jeffersona. - Powiesz mi… to znaczy nam o niej trochę więcej?
    Mężczyzna zmarszczył brwi, patrząc na mnie i wziął kolejnego, ostatniego łyka alkoholu.
     - O kurwa, już nic nie ma - pomyślał głośno, po czym odłożył pustą szklankę na blat. Chwilę później odpowiedział na moje pytanie. - Mógłbym, ale aktualnie znaleźliśmy się tu z innego powodu. - Próbował się wymigać. Mimo, że dobrze to ukrywał, to zauważyłam, że w tej kwestii nie chciał się sprzeciwić swojemu przyjacielowi. Widocznie rozmowa o Inez Santos była bardzo delikatna.
     - Idę się przewietrzyć - Antonio westchnął i podniósł się z krzesła, chwilę później całkiem opuszczając lokal. Spojrzeliśmy wszyscy po sobie z lekka zdziwieni jego działaniem.
     - Alt? - szepnęłam, zerkając kątem oka na moją siostrę.
     - Hmm?
     - Zobaczysz co z nim? Może jakoś poprawicie swoje relacje - zaproponowałam, kierując na nią swój błagalny wzrok. Nikt nawet nie wiem, jak bardzo chciałam, by jej relacja z ojcem uległa poprawie. Wiem, że nas zostawił, skrzywdził, odcisnął piętno na naszej psychice, ale wciąż zasłużył na szansę.

10 lat wcześniej
    Wigilia. Patrze przez oszronione okno na zewnątrz już trzecią godzinę. Obserwuje spadający śnieg, ruchy gałęzi na wietrze. Zwracam uwagę na każde przejeżdżające auto, głęboko wierząc, że jedno z nich podjedzie na naszą posesję, a z niej wyjdzie nasz tata. Lecz z każdą minutą, każdym kolejnym samochodem przejeżdżającym obojętnie obok naszego domu, traciłam nadzieję.
     - Zrobiłam nam kola… - słyszę głos Al, dobiegający zza moich pleców. - Znowu gapisz się w to okno?
     - On przyjedzie - mówię przekonana.
    Dziewczynka wzdycha.
     - Nie przyjedzie. - Podchodzi do mnie i głaszcze mnie po ramieniu. - Tak jak rok temu, dwa, trzy…
    Moje oczy szklą się od nadchodzących łez. Powoli zaczyna do mnie docierać to, że tam ma rację.
     - C-czemu on nas nie chce? - szlocham, odwracając się do mnie przodem. Starsza siostra, widząc mój stan, od razu zagarnia mnie w czuły uścisk i głaszcze delikatnie po plecach.
     - Nie wiem… Może ma jakieś kłopoty? - zastanawia się, chociaż po jej tonie głosu słychać, że nie bardzo w to wierzy.
     - Może trzeba mu pomóc? - odrywam się od niej i ocieram swoje mokre policzki z łez. - Musimy mu pomóc. Wiem! wyślemy mu jedzenie - uśmiecham się szeroko i wybiegam szybko z pokoju, kierując się do kuchni. Tylko słyszę za sobą, jak siostra poszła w moje ślady.

     - Po co mam tam iść? - prychnęła, przewracając oczami. - Nie mam zamiaru rozmawiać z tym gno…
     - Zamknij się i zrób coś dla dobra rodziny - Jefferson wtrącił się do rozmowy, na co ja zmarszczyłam brwi, a siostra spojrzała na niego zdziwiona. - Jeśli jednak nie chcesz tego robić dla dobra rodziny, to chociaż zrób to dla dobra siostry. Nie widzisz jak się kurwa stara, chcąc was pogodzić? Oboje jesteście siebie warci, jak dwie krople wody. Ty i on - prycha.


< Misiu pysiu tulisiu? c: >
Kocham Cię <3

3 paź 2018

Od Aarona CD. Odette

— Jamie wyraźnie na ciebie leci, a ja… Ja chyba jej utrudniam, nie sądzisz? — delikatnym ruchem uniosła kieliszek i upiła łyk drinka, ciągle utrzymując ze mną kontakt wzrokowy.
— Ach, Jamie. — moje palce mimowolnie zaczęły wystukiwać na blacie rytm jednej z piosenek, wyrażając tym samym moją niecierpliwość w oczekiwaniu na zamówione brandy. — Nie wiem, co mam z nią zrobić. — z zakłopotaniem przetarłem dłonią po karku. — Znaczy, nie jest w moim typie.
Blondynka uniosła brwi, a na jej twarzy przez ułamek sekundy wymalował się smutek.
— Musisz jej to jakoś łagodnie powiedzieć, zanim zrobi sobie większe nadzieje. Cóż, ona widzi w tobie ideał.
— Tak, tak. Kiedyś to zrobię. — kelner nalał do mojego kieliszka zamówiony alkohol i przeprosił za to, że zajęło mu to tyle czasu.

Moja mała brandy.

Uprzedzając wszystkie wątpliwości, nie jestem alkoholikiem, tylko mam problemy z zachowaniem umiaru. Niestety nie tylko wtedy, kiedy chodzi o picie, ale i w wielu innych aspektach mojego życia.
Co najgorsze, zaraz na własnej skórze przekonacie się, że zimny jak lód Aaron Brown, wreszcie przestanie być kołkiem, ba! Aż nadto pozwoli ponieść się drinkom i przeraźliwie głośnej muzyce.
***
W dalszym ciągu siedzieliśmy przy barze, jednak tym razem prowadziliśmy żywszą, dużo luźniejszą konwersację, która obu stronom przyniosła wiele wybuchów niekontrolowanego śmiechu.
— Pamiętam, jak dziś awarię windy i to, jak utknąłem w niej razem z Julie. — zachichotałem, odkładając na blat czwarty, opróżniony już kieliszek brandy. — Myślałem, że jak zaraz stamtąd nie wyjdę, to nabawię się choroby psychicznej.
Jasnowłosa reagowała na moje opowiadania salwami uroczego śmiechu, który sprawiał, że stawałem się weselszy.
— Teraz pora na coś wolnego, zapraszamy wszystkich na parkiet! — usłyszałem głos DJ’a i nie zwlekając, wstałem z krzesełka i chwyciłem dłoń Odette.
— Zatańczysz?
— Mo — czkawka — gę zatańczyć. — jej buraczane policzki i błyszczące oczy wskazywały na to, że była w niedużo lepszym stanie ode mnie.
Tyle, że nie wypiła nawet połowy tego, co ja.
Przeciskaliśmy się przez tłum, aby wreszcie dostać się na upragniony parkiet i choć przez moment móc odetchnąć od niewyobrażalnego ścisku, który panował w lokalu.
*
Pewnym ruchem położyłem dłonie na biodrach dziewczyny i mocno przyciągnąłem ją do siebie tak, że nasze ciała delikatnie się ze sobą zetknęły.
— Chyba pozwalam sobie na zbyt wiele. — mój zachrypnięty szept dotarł wprost do jej ucha, przez co poczułem, jak drgnęła w moim uścisku.
Dziewczyna w odpowiedzi zaplotła swoje ręce na moim karku, a jej spojrzenie napotkało moje.
— Mówił ci ktoś, że masz cholernie seksowne oczy? — wypowiedziałem to bez większego zastanowienia, nie zdając sobie sprawy z wagi tych słów.

Aaron, miałeś być neutralny.
W każdym momencie.
Spieprzyłeś, już na samym początku imprezy.

Wiem, że nie działałem sam.
Byłem świadomy, kto jest winowajcą mego niezbyt stosownego zachowania.

Moja mała brandy.

A raczej nie taka mała, bo wypita w ogromnych ilościach.
— A tobie ktoś mówił, że wyglądasz cholernie seksownie w tej koszuli? — przybliżyła się, aby móc delikatnie ugryźć płatek mojego ucha, doprowadzając mnie tym do wewnętrznego szału.

O, w mordę.
Aaron, czerwona lampka.
Odsuń się, nie daj się ponieść upojeniu.

Wydałem z siebie cichy pomruk zadowolenia i jeszcze bardziej wzmocniłem uścisk, a moje oczy pociemniały z pożądania.

Odette, obudziłaś drzemiące we mnie demony.
Miałem nad nimi kontrolę.
Do teraz.

Dłonie, jak gdybym nie miał nad nimi kontroli, upadły niebezpiecznie nisko, a usta wpiły się w szyję kobiety, obdarowując ją licznymi, pełnymi zaborczości pocałunkami, które zabraniały jakiegokolwiek sprzeciwu. 
Do moich uszu dotarł szybszy oddech jasnowłosej, która odchyliła delikatnie głowę do tyłu, tylko ułatwiając mi zadanie.

Odette, zapanuj nad moimi demonami. 

Dziewczyna chwyciła w dłoń moją kruczoczarną czuprynę, po czym przyciągnęła mnie bliżej, łącząc nasze wagi w pocałunku, który nie miał nic wspólnego z delikatnością, subtelnością i czułością.
To była walka, bitwa, próba udowodnienia sobie czegoś.
Imprezowicze patrzyli na nas, marszcząc z poirytowaniem brwi lub odwracali wzrok.
Nie dziwię im się.
***
Właśnie popijałem kolejny kieliszek brandy i rozsiadłem się wygodnie na jednej z sof.
— Aaron...? — wybełkotała, zajmując miejsce obok mnie. — Mam jutro — czkawka — rano zajęcia, a już...? Która jest godzina? — spojrzała na zegar wiszący na ścianie, jednak zmrużyła oczy i nie zdołała rozczytać z niego godziny.
— Kilka minut po północy, a cooo? — odparłem przeciągle, odkładając kieliszek na stoliku.
— Odwieziesz mnie do domu?
— Zamówię taksówkę, skarbie.
Powolnym ruchem wyciągnąłem telefon z kieszeni spodni i wykręciłem numer do pierwszego lepszego taksówkarza.
***
Właśnie staliśmy przed drzwiami do mieszkania Odette, mierząc się kokieteryjnymi spojrzeniami.
— Dziękuję za tą noc! Było odjazddd...! — zachichotała — owo. — wykonała krok do przodu, zmniejszając odległość pomiędzy nami do minimum.
— Polecam się na przyszłość. — zaśmiałem się ochryple, a dziewczyna chwyciła mnie za kołnierzyk od koszuli i przyciągnęła do siebie.
Moje oczy ponownie pociemniały, ręce wędrowały beztrosko po jej ciele, nie zważając na nic.
Przycisnąłem studentkę do ściany i pogłębiłem nasz pocałunek, czując jednocześnie, jak jej serce  gwałtownie przyspiesza swój rytm.
Bezwstydnie trwaliśmy dłuższą chwilę w namiętnym pocałunku, wydając z siebie tylko ciche pomruki.
*
— Aaron? Odette?! Co to ma znaczyć? — w progu drzwi stanęła rudowłosa, a my odskoczyliśmy od siebie niczym poparzeni, mimo tego, że nie chcieliśmy przerywać.

Uspokój moje demony, Odette, zanim się w nich zatracę.


Odette?
Za ewentualne błędy przepraszam, pisałam to nieco przed północą, przez co moja umiejętność lokalizowania błędów już wygasła.

Od Adama C.D Odette

    Przez większość wieczoru siedziałem przy barze razem z Odette, by nie siedziała tam sama. Zaczynałem nawet powoli myśleć, że zabranie jej do tego klubu, nie było najlepszym pomysłem mojego brata. Spójrzmy prawdzie oczy. Co ona mogłaby robić w towarzystwie nachlanych znajomych moich i Toma? Tam nawet kobiet nie było. Znaczy, były, ale żadne, które byłyby mi znajome, albo komuś z naszej paczki. Dziewczyna na początku wieczoru, próbowała się udzielać, lecz gdy zobaczyła, gdy interesują ich zupełnie inne rzeczy, niż ją. Dlatego przez resztę wieczoru rozmawialiśmy. Ja piłem, ona tylko trochę.
    Wlałem do gardła kolejny kieliszek wódki. Nie powinienem tyle pić. To był niezaprzeczalny fakt tego wieczoru. Zdecydowanie za dużo wypiłem i alkohol, który za moim pozwoleniem wdarł się w moje żyły, zaczął mieszać mi w myślach i zakłócać zdrowy rozsądek. Nie potrafiłem sam sobą kierować. To wypite procenty mną kontrolowały. Wiadomo, momentami miałem przebłyski trzeźwości, które próbowały mnie postawić do pionu, lecz alkohol nieustannie z nimi wygrywał, odbierając mi kontrolę nad własnym ciałem, myślami, celami i postanowieniami.
    Gdy wyciągałem ją na parkiet, byłem już dosyć dobrze nastukany. Na początku tańczyliśmy najzwyklej, najnormalniej jak się dało, lecz z każdą chwilą posuwałem się coraz dalej. Łapałem ją agresywnie za biodra, brutalnie ją do siebie przysuwałem i ani myślałem jej puszczać. Podobała mi się ta cała zaistniała sytuacja jak cholera, a z każdym momentem moje pożądanie wobec kobiety wzrastało i nie wyglądało wcale na to, żeby lada chwila uległo to zmianie. Alkohol kumulujący się w moim krwioobiegu, zaczynał coraz to bardziej dawać o sobie znać. Moje zachowanie zaczynało się powoli zmieniać. Robiłem się agresywny i strasznie władczy. Z resztą, jak za każdym razem, gdy wypiję za dużo procentów. I tak samo w tym wypadku z każdym wypitym kieliszkiem wzmaga się moja ochota na seks, W czasie, gdy normalnie funkcjonuję, za dnia, albo też w nocy, gdy nie mam styczności z wódką, whisky, czy innym napojem tego typu, takie zachowania mi się nie zdarzają. W przeciwieństwie do teraz. Moje ciało i hormony szalały. Chciałem posiąść dziewczynę, z którą teraz tańczyłem w każdy możliwy sposób. Ten moment nadszedł nagle i instynkty zostały same kierowane przez alkohol. Złapałem ją za rękę i zacząłem ciągnąć w stronę jednego z ciemniejszych zakamarków klubu.
     -  Idziemy dokądś? - spytała, a ja stanąłem na chwilę, by wyszeptać jej do ucha:
     -  Niedługo się dowiesz, skarbie.
    Dziewczyna przez pewien czas pozwalała się prowadzić, lecz w pewnym momencie zaufała intuicji i wyrwała dłoń z mojego uścisku, pytając głośno, aby przekrzyczeć muzykę:
     - Adam, dokąd mnie tak prowadzisz?
    Spojrzałem na nią przez ramię i ponownie złapałem za dłoń, przyciągając bliżej mnie. Po raz kolejny wyszeptałem jej do ucha ciche “zobaczysz”. Jednak ta ponownie hardo wyrwała się z mojego uścisku, o mały włos nie wpadając w moje ramiona. Parsknąłem cicho pod nosem.
     - Nie pójdę, dopóki nie powiesz mi, o co chodzi - powiedziała stanowczo, krzyżując ręce na piersi i śledząc moje ruchy uważnym, wręcz kocim spojrzeniem.
    Warknąłem w odpowiedzi pod nosem i robiąc się niecierpliwy, szarpnąłem dziewczynę za rękę, prędko wyciągając ją z tłumu. Znajdowaliśmy się tuż pod zapleczem. Nie myśląc zbyt wiele, przyparłem ją do ściany i nie czekając dłużej, wpiłem się brutalnie w jej usta. Wtedy Odette mi nie przerwała, stała lekko sparaliżowana, jakby nie wiedząc, jak się zachować. Dopiero gdy spróbowałem wsunąć jej ręce pod koszulkę, momentalnie wyrwała się z mojego uścisku, mocno uderzając mnie otwartą dłonią w twarz. Chwilę później już jej przed sobą nie widziałem. Jedynie dostrzegałem w tłumie jej sylwetkę, zmierzającą w kierunku wyjścia z lokalu. Dopiero teraz to wszystko do mnie dotarło. Jak zachowałem się w stosunku do mojej znajomej, koleżanki z pracy, pracownicy. Dzięki jej gwałtownemu ruchowi od razu otrzeźwiałem, a cały alkohol, który płynął w moich żyłach, tak jakby zniknął. Jakbym w ogóle tego wieczoru nie pił. Jak mogłem jej coś takiego zrobić?
    Złapałem się za głowę, by po chwili zsunąć dłoń na swój kark i go lekko potrzeć. Boże, jakim ja jestem frajerem. Przez to nagłe otrzeźwienie, zdenerwowany swoim zachowaniem, ruszyłem za dziewczyną. Nie chciałem kontynuować tego, co zdążyłem zacząć wcześniej. chciałem to wszystko naprawić. Sprawić, że nasza relacja wróci do normy, a my powoli będziemy zapominać o tym wydarzeniu i znowu będziemy dla siebie jak znajomi z pracy, przełożony i pracownica.
    Gdy zobaczyłem, jak dziewczyna znika za drzwiami wyjściowymi, przyspieszyłem kroku. Nie chciałem, by mi uciekła. Nie mogłem na to pozwolić. Musiałem przeprosić i jakoś jej to wynagrodzić. Już wiedziałem, gdzie mogę ją zabrać, by wybłagać od niej wybaczenie. Znaczy tak, zamierzałem błagać. Kobiety raczej nie wybaczają takich czynów. I mówię raczej, bo ostatnie kobiety, z jakimi miałem do czynienia, to te z mojej rodziny. Ostatnio nie skupiałem się na głębszych znajomościach z przedstawicielkami płci pięknej. Ostatnio, coś czuję, że za niedługo można zmienić to słowo na “kiedyś”.
    Wychodząc z budynku, od razu zauważyłem dziewczynę, która już skręcała w jedną z uliczek. Zacząłem biec, chcąc ją jak naszybciej dogonić i nie zgubić po drodze. Szybko ją dopadłem i złapałem delikatnie za ramię, odwracając ją w moją stronę. Dziewczyna spojrzała na mnie na samym początku przerażonym wzrokiem, lecz gdy chwilę później ogarnęła, że stoję przed nią ja, na jej twarzy pojawiło się niezrozumienie, a ona sama zrobiła jeden krok w tył.
     - Przepraszam - powiedziałem momentalnie, łapiąc ją za jedną rękę. - Za dużo wypiłem, jestem frajerem i przepraszam - wydukałem. Cały czas słychać było, że w moich żyłach płynie alkohol, lecz stałem prosto i ani na chwilę się nie zachwialem.


< Odi? Adette raz proszę >

Amy Jones


Na zdjęciu: -
Motto: „Uśmiechnij się do świata, a świat uśmiechnie się do ciebie”
Imię: Amy. Mimo krótkiego imienia dość dużo osób woła do niej „Lotos”.
Nazwisko: Jones
Wiek: 23 lata
Data urodzenia: 1 czerwca
Płeć: Kobieta
Miejsce zamieszkania: Jakimś cudem udało jej się znaleźć małe, ale przytulne mieszkanie do wynajęcia niedaleko uczelni. Dosłownie dziesięć minut drogi.
Przed wejściem do środka buty wytrzeć można o wycieraczkę z napisem „Dzień dobry”. Po przekroczeniu progu na prawo znajdują się drzwi do łazienki wraz ze wbudowaną, odsuwaną szafą obok, a po lewej stronie mieści się mała kuchnia z wysepką i dwoma stołkami barowymi. Na wprost umieszczony został telewizor na mini komodzie oraz kanapa. Zaraz obok niej są schody prowadzące wyżej. Postawione tam jest niskie dwuosobowe łóżko, stolik nocny, kolejna wbudowana rozsuwana szafa oraz mała toaletka z pufą. Pomiędzy tym wszystkim znajdują się oczywiście miski na jedzenie i wodę zwierzaków, ich posłania (na których i tak rzadko śpią) oraz zabawki.
Orientacja: Biseksualna, ale ukrywa to. Często podaje, że jest hetero.
Praca: Studiuje weterynarie na kierunku zootechniki, ale dorabia też w kawiarni „Drops”, do której można wprowadzać zwierzęta. Ginger jest w niej bardzo popularna.
Charakter: Amy to nieśmiała osoba. Nie jest dobra w kontaktach międzyludzkich, stara się je ograniczać. Więc czemu dorabia akurat w kawiarni? Zauroczyła ją właścicielka lokalu, wystrój oraz to, że można wprowadzać zwierzęta. Równocześnie pragnie przełamać swoją wstydliwą naturę, co idzie jej dość opornie, ale… no stara się dziewczyna! Pomimo tego chce pomagać, sprawiać innym radość, z reguły nie umie znieść czyjegoś smutku. Jej małym marzeniem jest, by każdy w życiu był szczęśliwy, niestety wie też, że to niemożliwe.
Czasem przybiera pozę małej marzycielki, odlatując w siną dal na swoim alicornie. O czym myśli? O wszystkim i jednocześnie o niczym. Śni jej się przyszłość, przeszłość, teraźniejszość, w ten sposób rozwiązuje też swoje wewnętrzne konflikty, które ją trapią. Totalnie wyłącza się ze świata, tylko czyjś nagły dotyk jest w stanie ją wybudzić z transu. Łatwo można ją w ten sposób zawstydzić. Momentalnie robi się buraczkiem i szybko nie wraca do „normalności”.
Należy do osób wygadanych. Gdy ma do kogo, to mówi i mówi, umie się naprawdę nieźle rozgadać. Nieraz może nawijać jak katarynka, w ogóle nie dopuszczając do głosu osobę obok, a nieraz może siedzieć cichutko jak mysz pod miotłą. Gdy ktoś zwróci jej o to uwagę, to znowu – buraczek. Będąc zawstydzoną, jest w stanie cały czas nerwowo poprawiać swoje włosy. Poza tym kocha robić zdjęcia, zwłaszcza swoim zwierzakom. Lubi uwieczniać każdą ważną dla niej chwilę, ale uwaga, nigdy publicznie. Za bardzo się boi, że ktoś zacznie ją obgadywać. Zawsze się o to obawiała, przez całe swoje życie. Ludzie wokół dzięki temu łatwo mogli na nią wpływać. Zmiana koloru włosów, czasami inne zachowanie, wczesne spróbowanie alkoholu, no i nie tylko. Głównie boi się też wyrażania swojej opinii na dane tematy, choć kiepska w tym nie jest. Problem tkwi raczej w tym, że pomimo ułożenia dokładnej przemowy w głowie, wyrażając ją na głos, kompletnie się plącze i zmienia wyrazy, czy nawet sam kontekst swojej wypowiedzi.
Jej słabością są małe dzieci, widząc jakiekolwiek, które na nią się spojrzy, nie jest w stanie się do niego nie uśmiechnąć.
Niezwykle uprzejma z niej osoba, gdy widzi, jak ktoś czegoś potrzebuje, nie umie jej odmówić. Nie wspomnę o tym, że w ogóle nie wie, co znaczy słowo „nie”.
Hobby: Lotos nie ma jakiś konkretnych zainteresowań. Stwierdzić jednak mogę, że bardzo lubi swoją dorywczą pracę w kawiarni, dobrze się w niej czuje. Poza tym przepada za spacerami, zwłaszcza nocnymi, gdy księżyc wysoko świeci wśród gwiazd. Wypady do lasu, zwłaszcza z pupilami, też sprawiają jej radość. Jest też małą mistrzynią kuchni. Smacznie gotuje w rytm muzyki słuchanej z telewizora, oczywiście podśpiewując pod nosem. W tym momencie współczuję sąsiadom, głównie ze względu na Cezara.
Aparycja|
- wzrost: 170 cm
- waga: 55 kg
- opis wyglądu: Amy urodziła się jako czarnowłose radosne dziecko z pięknymi i dużymi morskimi oczami okalanymi przez rzadkie rzęsy (aktualnie ozdabiane grubą warstwą tuszu). W wieku piętnastu lat zaczęła farbować swoje naturalnie falowane włosy na różowo, bo tak według koleżanek mogła stać się „fajna”. Oczywiście nigdy jej nie przyjęły, wyśmiewając jej nowy kolor, ale o dziwo go pokochała i od tamtego momentu już nigdy nie zachciała wrócić do naturalnej barwy.
Jej ciało jest dość drobne, choć nie najdrobniejsze. Trochę szerokie ramiona ustawiono w prawie tej samej linii, co biodra, ale za to może się pochwalić ładnym brzuchem, niezłym wcięciem w talii oraz tyłkiem.
Zwykle ubiera się w duże swetry (nawet te gryzące) i dżinsy, w ciepłe dni zakłada sukienki oraz spódnice. Preferując również czarne obuwia różnych typów, przemieszcza się z masą biżuterii na sobie, mając na jej punkcie kota. Pierścionki, bransoletki, naszyjniki i kolczyki (nie tylko do uszu), nie może im wszystkim się oprzeć. Poza tym kocha malować swoje paznokcie. Jednolite kolory czy wzorki, lubi z nimi eksperymentować.
- pozostałe informacje: Na prawej dłoni ma wytatuowany napis „Love”. Posiada również po kilka dziur w uszach, a także kolczyk w pępku, ale rzadko się nim chwali.
- głos: Ytna
Historia: Lotos urodziła się w niedużym mieście dwie godziny od Avenley River. Rodzice niezmierni cieszyli się z narodzin córeczki, gdyż po pięciu poronieniach Dalii, coraz słabiej wierzyli w posiadanie własnego dziecka.
Dziewczynka rosła zdrowo, rodzice kochali ją całą piersią i uczyli podstawowych prac w leśniczówce. Polubiła je to do tego stopnia, że postanowiła studiować weterynarię. Najbliższe studia znajdowały się w Avenley River i tak tu się znalazła. Obecnie myśli też nad zostaniem tu na stałe, ale to tylko wstępne plany na przyszłość.
Rodzina:
Fernando i Dalia Jones – rodzice, prowadzą leśniczówkę z weterynarią dwie godziny drogi od Avenley River. Pomagają głównie zwierzętom zranionym przez kłusowników i walczą przeciwko nim, ale opiekują się też bezdomnymi psami i kotami. Od czasu do czasu organizują szkółki leśne, w których udział mogą wziąć dzieci.
Partner: -
Potomstwo: -
Ciekawostki:
- Uczulona na kakao,
- Kocha kawę z mlekiem i trzema łyżeczkami cukru, herbatą też nie gardzi,
- Wieczny zmarzluch,
- Ma słabość do bajek, kolekcjonuje płyty z tymi ulubionymi
Inne zdjęcia: -
Zwierzęta:
W domu Amy zawsze były jakieś zwierzęta, więc nie jest dziwne, że posiada ich aż trzy. Bell jest najstarsza, żyje już ładne sześć lat. Została przygarnięta przez dziewczynę, gdy trafiła do jej rodziców po ciężkim pobiciu przez dawnego właściciela. Przez to zdarza jej się nie ufać ludziom, unika kontaktu z nimi, piszczy na ich widok, a w razie wypadku jest w stanie ugryźć, nawet swoją panią. Z reguły jest jednak dość radosna i ma tendencje do bycia zazdrosną, przez co nieraz pcha się pod dłoń studentki.
Druga w kolejności jest Ginger uratowana przez rodziców Lotos. Matka lisiczki zginęła z rąk kłusowników, sama cudem ocalała, jednak po kuracji nogi (którą złamała, będąc jeszcze malcem) za bardzo przyzwyczaiła się do ludzi i została w rodzinie Jones jako domowy pupil. Obecnie kończy trzy lata i jest bardzo przyjazna, przypisuje jej się cechy psów. Kocha aportować, ganiać za swoim ogonem, a także kraść rzeczy należące do dziewczyny. Nienawidzi za to wody oraz wszelkich weterynarzy, badań. Na sam dźwięk tych słów jest w stanie się schować pod jakiś mebel, raz udało jej się nawet wybiec z mieszkania. Na szczęście po godzinie sama wróciła.
Trzeci wabi się… Cezar. Znaleziony w pudle wykazywał ogromną chęć przywiązania się do kogokolwiek, jednak jego wygląd odstraszał potencjalnych właścicieli. Amy za to urzekł jego słodki – według niej – wygląd i od razu go wzięła. Przypisuje mu się wiek niecałego roku, ale nie jest kłopotliwym zwierzakiem. Zawsze słucha się studentki, nigdy nie postępuje inaczej. Jednak nikt nie umie powstrzymać jego wyć, gdy tylko ktoś w pobliżu zaczyna śpiewać.
Pojazd: Swój ukochany samochód dostała za zdanie za pierwszym razem egzaminu na prawo jazdy. O dziwo rzadko nim jeździ, zwyczajne preferując własne nogi oraz komunikacje miejską.
Kontakt: ZlotyPies (howrse)

Od Louise cd. Noah

          Scena niczym wyjęta z dramatów romantycznych.
          Schowałam głowę za okno, by nie pozwolić na jakąkolwiek chwilę słabości.
          Ten widok powodował, że miałam ochotę wyjść z domu i tam pójść.
          Nie mogłam, i ja, i on doskonale o tym wiedzieliśmy.
          Ścisnęłam ręką fragment białej zasłony, zakrywając usta drugą ręką. Walczyłam ze sobą, by powstrzymać się przed kolejnym wyznaniem. Ale zaszłam już za daleko, by się wycofać.
          No właśnie. Zaszłam daleko. Czy teraz mam się poddać, kiedy ja i Noah tak na dobrą sprawę byliśmy dość blisko? Ale... Louise, on... on... nie znaczyłaś dla niego nic. Ilekolwiek powie, cokolwiek zrobi, nadal będzie tym samym Noah, który odsunął cię od siebie jednym gestem. Uderzyłam pięścią w łóżko.
          Muszę być silna. Dla niego.
          Wysunęłam się ponownie za okno, mierząc już łagodniejszym wzrokiem jego osobę. Przymrużyłam oczy.
          Ogólnie rzecz biorąc cała sprawa wyglądała następująco: całkiem przypadkiem poznałam kolesia, w warsztacie, ja nie lubiłam jego, on nie lubił mnie, prosty układ. Później umówiliśmy się w jego domu, w kawiarni, czy tam odwrotnie, nawiązaliśmy kontakt, było... dobrze. Jadłam jego lody. Tłukłam jego szklanki. Przytulałam go, nawet nie myśląc, że kiedykolwiek to będzie mogło wyglądać tak, jak wygląda aktualnie. Potrzebowałam jego dotyku, chciałam poczuć jego oddech, usta na własnych, a także wsunąć dłoń w jego szatynowe włosy, błądząc między nimi. Mógł zrobić największe świństwo, a ja go nadal kochałam, jak szalona idiotka. Zbiegając na dół nie myślałam o żadnej kurtce, bluzie, czymś, czym mogłabym zakryć gołe ramiona. Wybiegłam na dwór nie bacząc na deszcz czy wiatr, choć oba żywioły dawały się we znaki. Przebiegłam kilka metrów, by po chwili stanąć twarzą w twarz z nim. Z Noah. Przez chwilę staliśmy w bezruchu, wpatrując we własne oczy. Minęło może piętnaście sekund, może dwadzieścia, mogło być to i pół minuty, nie potrafiłam tak dalej. Zrobiłam niepewny krok do przodu, co powtórzył Brown. Kolejny, kolejny, z każdym przyspieszałam, by po chwili znaleźć się w ramionach chłopaka.
          Czułam się jak w niebie, kiedy gładził rude włosy, powtarzał, że bardzo mnie lubi, jakby zacięła mu się płyta.
          Ale to mi się podobało.
          I ja ściskałam go ze wszystkich sił, nie pozwalając na oddalenie się na chociażby jeden centymetr. Życie jest naprawdę zwariowane. Jeszcze godzinę temu nienawidziłam go, a teraz jak gdyby nigdy nic trwaliśmy niczym zaczarowani przy sobie. Nie rozumiem siebie, on z pewnością czuł to samo.
          Uspokajała mnie myśl, że mam go w końcu przy sobie.
          — Przepraszam — wyszeptałam. — Przepraszam, że cię unikałam, że nie chciałam z tobą rozmawiać, że wtedy wyszłam bez słowa. Po prostu... mi zależy. Ale wiedz, że zrozumiem, gdy będziesz nadal przeciwko. Mogę dać ci czas albo odpuścić ten temat, Noah. Jestem pewna, że nawet bez tego będzie dobrze, w końcu przyjaźń też jest miła — kontynuowałam, wypowiadając ostatnie zdania z potwornym bólem serca, jąkając się co moment.

Noah? ♥
Przepraszam, że tak mało, ale opowiadanie w 100% Loah i spójrz, nasze dzieci do siebie wracają.

2 paź 2018

Od Odette C.D Aaron

     Całe moje ciało zesztywniało. Wszystkie mięśnie, jakie dotychczas spowijało tylko ledwo wyczuwalne napięcie, teraz zmroził totalny bezruch. Chciałam policzyć do dziesięciu. Dać sobie ten w rzeczywistości nic nieznaczący skrawek czasu, ażeby zrozumieć, że gorący oddech muskający moje ucho nie był żadną fikcją. Słodkie uczucie, które przyspieszyło bicie serca, zaczęło wypełniać mnie w całości. Jakikolwiek opór bez reszty ukruszył się przed urzekającą zmysłowością słów mężczyzny.
     Odsunął się, jednak nie na tyle, na ile oczekiwałam, że to zrobi.
     - Nie śmiałabym odmówić – szepnęłam tylko, wiedząc, że jeszcze więcej zmarnowanych ułamków chwil zbliża Jamie do powrotu.
     Nie mogłam jej tego zrobić.
     A robiłam. Cholera.
     Panika czy strach, które zwykle obezwładniały mnie przy pochwycaniu spojrzenia Aarona, wyparowały w okamgnieniu, po raz pierwszy pozwalając mi podziwiać ten tajemniczy blask tęczówek.
     - Chciałbym widzieć cię o dziewiętnastej.
     - Nie mam wyboru – stwierdziłam z subtelnym uśmiechem. Próbowałam go stłumić, jednakże okazało się to zbyt trudnym zadaniem.
     - Owszem, nie masz. – Po chwili dodał flirciarski uśmieszek, niszcząc powagę, jaką zbudował tymi słowami. Napięcie wisiało wręcz w powietrzu, czyniąc je tak gęstym, że ledwo łapałam oddech. Chłonął mnie tylko mocny zapach męskich perfum otaczających jego ciało.
     W idealnym momencie zdołałam odsunąć się jeszcze o krok, a wtedy Jamie opuściła kawiarenkę. Odnaleziona torebka znajdowała się już na jej ramieniu, kołysała pod wpływem ruchów dziewczyny, dopóki ta nie zatrzymała się tuż przy Aaronie. Jej posępny wyraz twarzy, który niedawno mi ukazała, stał się zaledwie kruchym wspomnieniem.
     - Aaronie, dziękuję ci za dzisiaj.
     To, co zrobiła po tych słowach, narodziło całkiem nowe wnioski.
     Podeszła, uniosła się na palcach u stóp, by złożyć na policzku mężczyzny dłuższy pocałunek. Dziewczyna widziała w błękitnookim swój obiekt westchnień i to był fakt, jaki nawet nie starałam się poddawać wątpliwościom. Jednak zamiast swobodnie go przyjąć, w mojej głowie mrowiła dziwna, naprawdę dziwna myśl. Nie pozwalała mi odmówić Aaronowi. Nie pozwalała gładko patrzeć na rosnące uczucie Jamie, jakim starałam się cieszyć.
     Cieszyłam się, przysięgam.
     Aczkolwiek wystarczyło jedno, mniej neutralne spojrzenie Aarona, żebym zapomniała o wszystkim, co sobie przysięgłam.

***

     Tego wieczoru cudem udało mi się wymknąć, oczywiście w nieco innym niż zazwyczaj stroju. Jamie, kompletnie zatracona w notatkach, jedynie pokiwała głową na moje „wychodzę”. Nie obejrzała się za siebie, nie dociekała, a ja wcale nie byłam zdruzgotana z tego powodu. Na szofera, który miał podjechać pod akademik właśnie o równej dziewiętnastej, czekałam odziana w idealną na długość czarną sukienkę z wiązaniem na dekolcie. Proste, błyszczące blond włosy opierały się rosnącej na zewnątrz wilgoci.
     Pana kierowcę już znałam. Ten sam rosły mężczyzna, wbrew pozorom o miękkim sercu, który zabrał mnie i Jamie do apartamentu Browna. Ilekroć wspominałam okoliczności tych odwiedzin, dreszcz targał moim ciałem i uzupełniał każdą komórkę w organizmie znajomą paniką.
     - Dobry wieczór. – Nie mogłam nie powitać szofera szerokim uśmiechem, znacznie kontrastującym z wszechobecną ciemnością. Pomimo całkiem wczesnej pory, niebo nie miało już w sobie ani skrawka intensywnej czerwieni czy pomarańczy zachodu. Przypomniało mi to o tym, że piękne lato dawno pochyliło się ku miażdżącemu końcowi.
     - Witam, Red Velvet, prawda? – Mężczyzna otworzył mi drzwi do samochodu i krótko po tym zatrzasnął je za mną.
     Ta impreza nie może wyjść źle.  
     - Tak, dokładnie.
     Oglądanie pięknego wnętrza samochodu, jakiemu wcześniej nie miałam okazji dokładnie się przypatrzeć, zajęło mi niemal całą drogę do Red Velvet. Organizowane tam wydarzenie musiało dotrzeć do każdej sfery Avenley River. Ulice zatłoczone były korkami ciągnącymi się łańcuchem aż do lokalu. Muzyka pokonywała każdą warstwę ścian i okazała się tak głośna, że jej brzmienie odczuwałam nawet w swoim ciele.
     To już.
     Wysiadłam z auta, lekkim skinieniem głowy nie zapominając o wdzięczności wobec szofera.
     - Tu jesteś! – Męski, dźwięczny głos przywrócił mnie z powrotem do rzeczywistości. Instynktownie obróciłam głowę w kierunku osoby, która to wypowiedziała, i poczułam zaledwie mały ślad zaskoczenia, widząc Aarona.
     Uśmiech bezwiednie wyrósł mi na twarzy.
     - Zawsze dotrzymuję słowa – powiedziałam, zanim zdołał pokonać w większej mierze dzielący nas dystans. Potem stanął w miejscu, poddał moją sukienkę dosyć szczegółowej analizie i nie uważał na fakt, że moje policzki szybko oblały się nagłym rumieńcem. Wynagrodził mi jednak swoje – jak łatwo było się zorientować – nieświadome zachowanie uśmiechem, tym razem wpatrując się już w moją twarz.
     - Nie czekajmy. Impreza już się zaczyna – stwierdził i zaoferował mi swoje ramię, jakie bez śladu zawahania ujęłam.
     Tłum ludzi, ich głosy, śmiechy. Coraz głośniejsza muzyka. Multum mieszających się mocnych perfum i ta woń alkoholu, która potrafiła przytłumić wszystko. W budynku ciężko było nie zachwiać czyjejś strefy prywatności. Poważnie, gdyby ludzi dało się poznawać poprzez starcie się ramionami, to moje grono znajomych powiększyłoby się co najmniej dwukrotnie.
     - Gorąco tu. – Aaron w końcu dotarł ze mną do baru i odpiął dwa guziki od swojej białej koszuli. Wyglądał w niej lepiej niż w standardowym garniturze, w którym widziałam go na co dzień, przez co moje ciekawskie, zielone spojrzenie nie zawsze utrzymało się na poziomie jego twarzy.
     - Wyjątkowo – odparłam z całkiem niewinnym uśmiechem.
     - Napijesz się czegoś?
     Nie przepadałam, ale co mi szkodzi?
     Skinęłam głową.
     - Zdaję się na twój gust. – Zasiadłam na wysokim krześle barowym, spoglądając tylko na reakcję mężczyzny. Uniósł zaraz jedną brew, za czym poszedł nieznacznie kącik ust. Nie minął kolejny moment, a wręczył mi w dłoń przezroczysty napój z plastrem limonki tkwiącym w krawędzi naczynia. Powąchałam dyskretnie, uważając, by zawarta w nim ilość alkoholu zaraz nie uderzyła w moje nozdrza. Tak się nie stało. Drink zdawał się być całkiem łagodny. O wiele intensywniej wyczuwałam zapach owocu tropikalnego.
     Chociaż szybko się nie wstawię.
     - Nadal zastanawiam się, czy pomysł z przyjściem tutaj był dobry – rzekłam nieco niepewnie, upijając łyka.
     Aaron nawet bez pomocy alkoholu skrzywił się delikatnie na te słowa.
     - A to dlaczego? – Różnorakie światła wędrujące po klubie znów napotkały jego błękitne oczy, odbijając się w nich niczym w zwierciadle.
     - Jamie wyraźnie na ciebie leci, a ja… – Wydałam z siebie cichy chichot, który jednak był ogołocony z radości. – Ja chyba jej utrudniam. Nie sądzisz?

[Aaron? ( ͡° ͜ʖ ͡°)]