Tłumaczenie Kenneth'owi ważnego zagadnienia trwa dłużej niż przepuszczam. Na auli zwykle był bardziej skupiony ode mnie — a tu co? Nie interesuje go ani treść książki, ani to, co mówię, a jak już słucha, to tylko udaje. Nie ma chwili, w którym rozkojarzone spojrzenie nie uciekałoby w stronę progu. Stoi tam Adam z jego siostrą. Rozmawiają o czymś wyjątkowo dyskretnie, ale nie to teraz jest ważne. Chociaż dla Kenny'ego właśnie to wygląda na sprawę priorytetową. Jeszcze moment i nawet mnie zacznie interesować to, dlaczego mój kumpel patrzy się w ten sposób na Jennę. Wniosek wydaje się jednak jak na wyciągnięcie ręki... miłość od pierwszego wejrzenia?
Na samą myśl aż mi cieplej. Uwielbiam, kiedy ciche romanse rozprowadzają dookoła aurę niczym z prawdziwej, wciągającej książki.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odette&Adam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odette&Adam. Pokaż wszystkie posty
28 gru 2019
14 gru 2019
Od Adama C.D Odette
Poranne starcie z moją siostrą i jej ukochanym Benem wyprowadziło mnie z równowagi i jest to niezaprzeczalny fakt. Jedyne, co mnie cieszy to to, że mężczyzna w końcu ogarnął, że jego starania, by zwrócić na siebie uwagę Odette nie mają już większego znaczenia. Chyba zdążył już dobrze zauważyć, że moja kobieta (uwielbiam to określenie) straciła do niego nie tyle co zaufanie, co nawet i szacunek. Ja z resztą też, co udowodniłem tym, że omal się na niego nie rzuciłem i nie ma się mnie co tutaj dziwić. Gnój mi chciał odbić kobietę! Jak inaczej mężczyzna zareagowałby na coś takiego? No zrobiłby zupełnie to samo co ja. Rzuciłby się na oponenta z pięściami, bez żadnych zamiarów dyskutowania, czy wysłuchiwania jego przeprosin.
28 lut 2019
Od Odette C.D Adam
Kolejny dzień w pracy niczym nie różnił się od poprzednich. Następne twarze, które starałam się zapamiętać, ale graniczyło to z cudem, następne zamówienia, które trzeba było zbierać. Adam przyjmował nowe oferty pracy, lecz większość wychodziła ze skwaszoną miną, dlatego część wolnego czasu spędzałam na motywacyjnej rozmowie i pocieszaniu poległych. Nasz właściciel musiał być więc znacznie surowszy niż zwykle, choć nigdy nie odnotowałam u niego takich zapędów. Gdy sprzątałam blaty, przez lokal przeszła wysoka kobieta na szpilkach, której włosy związane były w wysokiego kucyka. Przez chwilę nawet wpatrywałam się w nią, gdy tak stała zalana totalną konsternacją. Oszczędziłam jej więcej tego niekomfortowego uczucia i spokojnym krokiem, tak, by się nie wystraszyła, podeszłam do niej. I stwierdziłam jedno. Z twarzy wydawała się niezwykle miłą osobą — a w tym przekonaniu ugruntował mnie jej uśmiech i przyjaźń skryta w oczach. Może zbyt szybko ją oceniam, ale taka już byłam, że zawczasu dostrzegam w ludziach dobro.
- Dzień dobry, przepraszam, ale wiesz może, gdzie jest tutaj biuro szefa? Przyszłam z ogłoszeniem w sprawie posady kelnerki. — Ubiegła mnie. Zerknęłam szybko na kartkę z ogłoszeniem, jaką zaciskała w dłoni i powróciłam na poziom jej oczu.
- Jest tuż za tobą. — Nie powstrzymałam sympatycznego chichotu. — Ostatnio sporo osób wyszło stamtąd z grobowymi minami, ale miejmy nadzieję, że tobie się uda.
- To oznacza większe szanse dla mnie. — Uniosła brwi w lekko wyzywającym spojrzeniu. Jej pewność siebie mogła jednak przynieść oczekiwane skutki.
- Jasne, trzymam kciuki. — Zaczęłam odprowadzać ją swoim ciekawskim spojrzeniem, ale nie ciągnęło się to zbyt długo, bo za chwilę powróciłam do swoich obowiązków.
Moja wiara była ogromna. Co jakiś czas zerkałam na drzwi, potem na przemijające w nieskończoność minuty na zegarze, aż drzwi rozchyliły się, a z nich wydobył się Adam z tą dziewczyną — oboje szeroko uśmiechnięci. Adamowi można zarzucić ulgę, bo jakby nie było poszukiwał tej dobrej osoby od wyczerpujących paru godzin. Kobieta, zresztą niezbyt wyższa ode mnie, z długimi, rudymi włosami, rozmawiała jeszcze z właścicielem parę minut, w przeciągu których wymieniali się uśmiechami i śmiechami. Naprawdę się dogadywali. Na koniec mężczyzna ucisnął jej dłoń i odprowadził wzrokiem do wyjścia. Potem błękitny wzrok odnalazł mnie.
- Wow, musiało nieźle pójść. — Posłałam blondynowi uśmiech. Skinął głową w odpowiedzi.
- W końcu godna kandydatka. Szczerze mam nadzieję, że jej się uda przejść okres próbny. — Oparł się o blat lady i objął wzrokiem dalej kręcący się biznes.
15 lut 2019
Od Odette C.D Adam
Paręnaście następnych minut miałam w głowie jedynie to, dlaczego Adam właśnie opuścił restaurację. Nie mogłam skupić się na obowiązkach, z rąk wylatywało mi wszystko po kolei, od talerzy po środki do czyszczenia blatów, dlatego przerwa była wręcz obowiązkowa, jeśli nie chciałam płacić za szkody. Odetchnęłam cichutko, zdjęłam z bioder fartuch i zaszyłam się we własnym umyśle, który podpowiadał mi tysiące myśli, które naprowadziłyby mnie na otrzymanie autentycznego wniosku dotyczącego wyprawy Adama. I wcale nie musiałam poświęcać ku temu tak dużo czasu, jak przewidywałam — właściciel restauracji na pewno poszedł do mojej przyjaciółki. Innej opcji nie było. Przecież przed chwilą o tym rozmawialiśmy, wydawał się na tyle przejęty, że byłby w stanie zrobić to od raz. Założyłam więc kurtkę, chcąc obronić się przed chłodem na zewnątrz, i nerwowym marszem powiodłam w kierunku akademika oddalonego o co najmniej parę kilometrów. Obok mnie przejeżdżała masa autobusów, które mogłyby przetransportować mnie do miejsca znacznie bliższego mojej uczelni. Ale po co, przecież miałam nogi! Dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że wybranie pojazdu byłoby naprawdę inteligentnym posunięciem.
Nerwowo grzebałam w kiszeni za pękiem kluczy, nie rezygnując przy tym z nieustannego kierowania się naprzód. W końcu stanęłam przed drzwiami, czemu zawtórowało ciche skrzypienie, a w drugiej chwili dwie pary oczu wlepiły się we mnie równocześnie. Nie było tam tylko Adama. Towarzyszyła mu Jamie, na której widok dosłownie zdębiałam, ale nie na widok jej twarzy, a raczej wyrazu płynącego z oczu. Żadna nienawiść. Pogarda też nie. Odczytałam tylko znajome, ciepłe spojrzenie, zbierające we mnie miłe, acz zaskakujące uczucie.
Adam rzucił uśmiechem.
- Odette, kto by się tu ciebie spodziewał! — mówił niewinnie, na co zmrużyłam brwi nieznacznie.
- Przeszkodziłam w czymś? — Zastygłam w miejscu, patrząc na nich, a oboje zerknęli na siebie w lekkiej konsternacji.
- Nie, w niczym. — Odezwała się Jamie i to bez żadnego przepływu arogancji. Był to spokojny, nic niesugerujący głos. — Właściwie to... — Podeszła na parę kroków, redukując odległość między nami.
Powinnam przecież się domyślać, o co jej chodzi.
Że chce się ze mną pogodzić.
Ale w iskrze wątpliwości nadal żywiłam obawy i odnosiłam wrażenie, że wszystko, co mówi, ma obrócić się zaraz przeciwko mnie. Wiedziałam jednak, że takie podejście nie pomoże w żaden sposób, dlatego zdusiłam emocje w gardle. Kiedy uśmiechnęła się do mnie, poczułam, jak cała złość, wrażenie złudzenia ucieka i pozwala wrócić na miejsce radości oraz uldze.
- Właściwie to...? — Oddałam uśmiech, lecz był tak słaby, że zaraz całkowicie zniknął.
- Chciałam przeprosić za wszystko. — Wydukała, nie spuszczając ze mnie wzroku. Na jej twarz wylał się cały żal. Zobaczyłam gorycz, bezbrzeżny smutek, który kazał mi myśleć, że żałuje swoich decyzji.
- Ja też nie byłam w porządku. — Westchnęłam.
- Zamknij się, proszę, to ja postąpiłam okropnie. — Stara, dobra Jamie.
Zaniosłam się chichotem i pokręciłam bezwiednie głową, po czym korzystając z małej odległości, zagarnęłam ją w swoje objęcia.
- Dobrze, już dobrze — szepnęłam, gdy poczułam, jak emocje targnęły jej plecami w niewyraźnym, tłumionym szlochu. — Przecież ci wybaczam. — Swoim spojrzeniem uciekłam teraz na Adama i rzuciłam mu wdzięczny, ciepły uśmiech, który odwzajemnił, widocznie dumny z siebie. Musiał być też skonsternowany tą sceną.
Gdy Jamie się ode mnie odczepiła, wiedziałam już, co mam robić. Ruszyłam w kierunku Adama.
- Jestem ci bardzo, bardzo wdzięczna — zaczęłam, a ręce złożone miałam jak do modlitwy. Wywrócił oczami i dalej pozwolił mi mówić, wysłuchując ton słówek pokroju „dziękuję” i „jesteś najlepszy”. Odzyskując Jamie, poczułam wypełniającą mnie radość i ukojenie, a optymistyczny umysł z powrotem dawał ogromną nadzieję na cudownie budującą się w moich rękach przyszłość.
- Nie masz za co. Zależy mi na tym, żebyś się uśmiechała i była szczęśliwa. — Jego oczy zabłysły.
To było naprawdę słodkie z jego strony.
Czułam, że na moich policzkach pojawiają się rumieńce, lecz szybko to zignorowałam.
- Cóż, teraz cię przepraszam, ale... — Mój uśmiech zaczął się poszerzać. — Muszę spędzić trochę czasu z Jamie, a z tobą się jeszcze skontaktuję. Mam z nią sporo do obgadania. — Mrugnęłam mu na pożegnanie i nim zorientował się, że został wypchnięty za drzwi, zamknęłam mu je przed nosem z uśmieszkiem.
Potem odpychając się od wyjścia, z powrotem pojawiłam się przy Jamie. Nie było już tej dziwnej atmosfery, która wpychałaby pomiędzy nas niezręczną, wręcz irytującą ciszę, a została tylko ta przyjemna, spokojna. Dziewczyna nie mogła się powstrzymać długi czas i już lada moment opowiadała mi o wszystkim, co przytrafiło jej się ostatnimi czasy — musiała tłumić to długi, długi czas. Usta jej się nie zamykały, mówiła o losowych facetach, z którymi baraszkowała na imprezach, a poza nimi były to przypały na uczelni. Nie zabrakło również pytania o Adama, jakie mnie delikatnie zawstydziło. Zbyłam je milczeniem i marną wymówką „nie gadajmy, bo zaczyna się serial”, byleby upewnić się, że nie zacznie z powrotem tego tematu.
Do pracy wróciłam jeszcze przed zamknięciem, w sam raz na rozpoczęcie ostatniej zmiany. Tłumy zupełnie zniknęły, pozostało jedynie paru nocnych klientów albo elegancko przebrane pary ulokowane w romantycznych kątach lokalu. Cichym krokiem skierowałam się do biura, a w nim siedział skupiony Adam, przeglądając zestawienie zapewne z całego miesiąca. Uniósł na mnie wzrok, ale nic dotąd nie powiedział.
- Przepraszam, że wtedy cię tak wyprosiłam... — szepnęłam, siadając na skraju jego biurka, co nie wymknęło się jego uwadze. — I dziękuję ci jeszcze raz.
- Spokojnie, nie jestem obrażony. — Uśmiechnął się zawadiacko, nie odciągając spojrzenia od moich oczu.
- Nie? Może jednak poudajesz obrażonego, a ja będę mogła wtedy cię jakoś udobruchać?
Dłonią sięgnęłam pierwszego guzika od jego białej, oficjalnej koszuli, rozpinając go.
Potem odpychając się od wyjścia, z powrotem pojawiłam się przy Jamie. Nie było już tej dziwnej atmosfery, która wpychałaby pomiędzy nas niezręczną, wręcz irytującą ciszę, a została tylko ta przyjemna, spokojna. Dziewczyna nie mogła się powstrzymać długi czas i już lada moment opowiadała mi o wszystkim, co przytrafiło jej się ostatnimi czasy — musiała tłumić to długi, długi czas. Usta jej się nie zamykały, mówiła o losowych facetach, z którymi baraszkowała na imprezach, a poza nimi były to przypały na uczelni. Nie zabrakło również pytania o Adama, jakie mnie delikatnie zawstydziło. Zbyłam je milczeniem i marną wymówką „nie gadajmy, bo zaczyna się serial”, byleby upewnić się, że nie zacznie z powrotem tego tematu.
***
- Przepraszam, że wtedy cię tak wyprosiłam... — szepnęłam, siadając na skraju jego biurka, co nie wymknęło się jego uwadze. — I dziękuję ci jeszcze raz.
- Spokojnie, nie jestem obrażony. — Uśmiechnął się zawadiacko, nie odciągając spojrzenia od moich oczu.
- Nie? Może jednak poudajesz obrażonego, a ja będę mogła wtedy cię jakoś udobruchać?
Dłonią sięgnęłam pierwszego guzika od jego białej, oficjalnej koszuli, rozpinając go.
Adam?
8 lut 2019
Od Odette C.D Adam
Wewnątrz mnie wybuchła mieszanka wstydu i nerwów. Trzaśnięcie drzwi sprawiło, że zesztywniałam w miejscu, wbiłam spojrzenie w ścianę, ani myśląc, że go stamtąd oderwę. Jamie dalej mi nie przebaczyła, choć minęło wystarczająco dużo czasu, i nawet miała przebłyski dobrego humoru. Dawało mi to choć namiastkę nadziei, że wszystko powraca do normalności, ale ta myśl zaraz potem runęła na ziemię skryta w cieniu czystej nienawiści. Święta spędziła u siebie, Sylwestra również — jednakże nawet upływający w separacji czas nam nie pomaga.
Przypomniałam sobie w końcu o pytaniu Adama, choć nie miałam nawet podstaw co do tego, by nazwać ją swoją przyjaciółką. Jak bardzo scena z Aaronem musiała ją uderzyć w serce, że wieloletnia przyjaźń stała się dla niej neutralnym doświadczeniem? Wyrzuty sumienia ciągle egzystowały gdzieś we mnie, ale znacznie przygaszone świadomością, że zrobiłam wszystko, co Jamie chciała, żeby poprawić nasze relacje. Spełzło to na niczym.
- Pracujemy nad tym. — Kogo ja próbowałam oszukać? Wystarczyły te fałszywe słowa, żeby kłamstwo niczym nóż wbiło mi się w serce. — A zresztą... — Westchnęłam cichutko.
Zapanowała krótka cisza. Adam ruszył się z miejsca, wcześniej odkładając dwie siatki zakupów. Lada moment pochłonęły mnie jego ciepłe objęcia pachnące piżmem oraz ambrą. Pachniał męsko. To jedyne, na czym się skupiłam, kiedy z głowy próbowałam wyzbyć się zbędnych emocji. Zamruczałam, dając znak, że nie chcę, by oddalał się ani na centymetr, a nadal trzymał mnie kurczowo przy sobie.
- Odette... — zaczął powoli, przerywając tę chwilę, w której słychać było tylko nasze spokojne oddechy. — Dlaczego twoja przyjaciółka jest taka dla ciebie? — Złapał za moje ramiona, wygłaskał je i zatopił we mnie spojrzenie. Niebieski, kojący wzrok nie naciskał, ale też prosił o wytłumaczenie. Wytłumaczenie, którego nie potrafiłam mu dać, bo pożerał mnie okropny wstyd, ilekroć myślałam o tym, czego Jamie była świadkiem.
- Czy to ważne? — szepnęłam głosem pozbawionym chęci.
- No... troszkę tak — odparł z wahaniem.
- To nie miał być miły wieczór? — Uniosłam na niego wzrok, doszukując się wyrazu niepokoju na jego twarzy. Czułam, że ciągle chciał się czegoś dowiedzieć, ale jednocześnie szanował moją blokadę, nerwy, które objawiały się przy najmniejszym geście.
- Jasne, że miał. — Uśmiechnął się blado. — Chodź, mam dla nas trochę śmieciowego żarcia i piwa. To będzie zajebisty wieczór. — Mrugnął znacząco, na co mógł oglądać rumieńce na moich piekących policzkach.
- Nie przygotowałam się na to, ale mam pomysł. Ty weź miski na chipsy, szklanki, a ja przygotuję coś do oglądania. — Odciągnęłam w końcu od niego wzrok i powiodłam prosto do kanapy, przed jaką stała niska komoda z telewizorem. Do odpowiedniego wejścia włożyłam pendrive, który zawsze się gubił, dlatego teraz leżał na kamyczkach w donicy w towarzystwie dorastającego storczyka.
Adam po chwili wrócił z zapasem przezroczystych misek i dwóch wyższych szklanek, mających pomieścić mniej niż pół litra piwa. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że wypiję więcej. Śmieciowe jedzenia pomieściło się ostatecznie w dwóch miskach, do tego doszły żelki i orzeszki w skorupce, które napoczęłam szybciej, niż to przewidywałam. Będzie trzeba to później wybiegać. Pozbywając się jednak wyrzutów sumienia, uruchomiłam losowy film z pendrive. Mój tors wtulił się w bok Adama, nogi zarzuciłam na oparcie kanapy i mniej więcej w takiej pozycji zastygliśmy na około dziesięć minut. Wraz z upływem czasu, kiedy film jeszcze przebiegał w niejakim skupieniu, poczułam rękę Adama na swoich plecach, która sprawiła, że przylgnęłam do jego ciała jeszcze bardziej.
- Jeśli dalej tak pójdzie, to szybciej zasnę — mruknęłam, zagłuszając tym samym bicie serca mężczyzny. Wówczas odłożył on miskę z powrotem na szklaną powierzchnię stolika i w okamgnieniu zagarnął mnie w objęcia. Położył się na plecach, co poskutkowało tym, że leżałam na jego klatce unoszącej się w spokojnych oddechach.
- Sądzisz, że pozwolę ci zasnąć? — Uniósł jedną brew, nie odciągając ode mnie spojrzenia.
- Sądzę, że tak. — Na twarzy wymalował mi się pokrzepiający uśmieszek.
- Możesz o tym zapomnieć póki co — odparł zupełnie tak, jakby myślał, że ma wszystko w swojej garści. Jego dominujący charakter znów znalazł ujście i próbowałam z nim zawalczyć, wbrew temu, że szanse były nikłe.
- Chyba nie rozumiem. — Zamruczałam cicho na dyskretne, jakże subtelne mizianie po biodrze. Dołączyła do tego druga dłoń i obie wolno posunęły ku moim pośladkom, które za chwilę znalazły się w ciaśniejszym uścisku.
- A to rozumiesz? — szepnął cicho wprost do mojego ucha. Film w tle zagłuszył moje stęknięcie będące odpowiedzią na jeszcze odważniejsze pieszczoty. W zamian nieznacznie uniosłam tors nad jego klatkę i naparłam na jego miejsce poniżej paska od spodni, przez co zamruczał. Mężczyzna nie widział w swoich czynach pohamowania, dlatego prędzej czy później uniósł się na łokciach i wpił się w szyję, planując przy tym opuścić ramiączka od mojego swetra.
„Nie sądziłam, że moja przyjaciółka jest taką suką”. Głos Jamie odezwał się w mojej głowie i sprawił, że niczym oparzona oderwałam się od ciała mężczyzny, ignorując głębokie pożądanie, jakie egzystowało we mnie jeszcze wyraźniej.
- Coś nie tak? — Adam zmarszczył brwi, a jego twarz wykazywała zdziwienie.
Frustracja zbierała we mnie swoje ładunki i czekałam tylko, aż wybuchnie w wielkiej destrukcji. Ale tak się nie stało. Zdusiłam emocje w sobie, uwalniając jedynie skrawek nerwów w głębokim westchnieniu.
- Przepraszam, to nie jest dobry moment. — Zeszłam z jego bioder i przeniosłam się na swoją stronę na kanapie. Mój wzrok uporczywie obejmował tylko telewizor, nie chcąc pozwolić sobie, by zlustrować twarz Adama. Cholera, to musiało być takie... zawstydzające.
***
Następnego dnia praca wrzała od samego rana. Nie znajdowałam ani chwili na rozprawianie na temat minionego wieczoru, który jednak skończył się całkiem dobrze, bo mimo napięcia zasnęliśmy wtuleni w siebie. Adama nie było w restauracji aż do południa. Nie miałam ani jednego pomysłu na to, co mógł robić w tym czasie, dlatego nagłe wezwanie do biura napędziło mi prawdziwego strachu. Weszłam za drzwi i zamknęłam je za sobą, oddzielając od nas dźwięk tłoku ludzi. Ze sporą nieśmiałością usiadłam tuż przed biurkiem mężczyzny, nie odpowiadając na jego zaczepne spojrzenie.
- Mam do ciebie małe zapytanie — zaczął i nie silił się na żadne przywitania. — Myślę, że słyszałaś to już ode mnie.
- O co chodzi?
- Co Jamie miała na myśli, gdy nazwała cię suką? — Odsunął się na krześle i skrzyżował ręce na klatce piersiowej wyczekująco.
- Dlaczego to rozdrapujesz? — Odezwał się mój pełen autentycznego niezrozumienia głos.
- Nie będę kłamał. — Wzruszył nieznacznie ramionami. — Byłem u Jamie, powiedziała mi jedną rzecz. Ale chciałem usłyszeć to od ciebie, Odette. Wyjaśnij mi to. — Niebieskie oczy wołały o wyjaśnienia.
Westchnęłam głośniej.
Policz do dziesięciu sekund, Odette.
O zgrozo, nie miałam nawet tylu. Spojrzenie mężczyzny niemal zaglądały mi w duszę, dlatego nawet nie myśląc nad niczym, po prostu przemówiłam:
- Jakiś czas temu, nie wiem ile tygodni czy miesięcy, poznałam Aarona Browna. Nie łączyło nas wiele, ale stało się coś, czego... oboje żałujemy. — Przełknęłam ślinę.
- Co takiego?
Mięśnie na twarzy Adama spięły się niebezpiecznie, jednak nie przeszkodziło mi to w tym, żeby kontynuować.
- Poszliśmy tylko na imprezę. Odprowadził mnie, ale skończyło się tak, że... zaczęliśmy całować się przy wejściu, a Jamie wszystko widziała. Aaron jej się podobał. Ma prawo mnie nienawidzić i nazywać suką... — Mój głos zabarwiony był prawdziwą skruchą. Umysł opuściły już wszystkie obawy co do reakcji mężczyzny. Mógł nawet nazwać mnie dziwką, ale opanował mnie zbyt wielki spokój, by wziąć te świadomość do siebie.
Adam?
+10 PD
+10 PD
3 lut 2019
Od Odette C.D Adam
Adam nie wracał zbyt długo. Siedziałam w biurze, przeżywając każdą kolejną minutę z coraz większym zaniepokojeniem. Niemo spoglądałam na oryginał rachunku i dane osoby, która była sprawcą całego oszustwa.
Oszustwa.
Oszustwa nigdy, przenigdy nie wróżą niczego dobrego.
Zmartwienie na moment ustąpiło miejsca podejrzeniu. W mojej głowie powstała masa domysłów, co mogło się stać. Dlaczego Adam nie odbierał telefonów. Szczerze powątpiewałam w wersję, że znał tego człowieka i postanowił zostać na ćwiartkę. Powiedziałby.
Przecież by mi powiedział…
Dla pewności zadzwoniłam raz jeszcze, w ciszy wsłuchując się w nieznośne szumienie, które zaczynało już poważnie irytować. Martwić. Cztery ściany, nieświadomość i strapienie drążyło ogromną dziurę w moim umyśle. Popadałam w paranoję. Musiałam zrobić cokolwiek. Zatem jedyne, co mi przyszło do głowy, to zabranie adresu tamtego człowieka, zapas ostrożności i niezapowiedziane odwiedziny. Hyundai’em wyjechałam prosto spod restauracji, ostatnie godziny otwarcia lokalu powierzając Tomowi. Nie zdążyłam mu nawet powiedzieć o tym, że Adam rozpłynął się w powietrzu. Że nie daje znaku życia, a ostatnią osobą, z którą rozmawiał, byłam ja. Pogoda nie sprzyjała. Wycieraczki w samochodzie co chwila wprawiane zostawały w ruch, by przemyć mokrą od deszczu przednią szybę. Mgła wisiała nad miastem niczym groźba, którą zapowiadał mój wewnętrznie skrywany przestrach.
Oszustwa.
Oszustwa nigdy, przenigdy nie wróżą niczego dobrego.
Zmartwienie na moment ustąpiło miejsca podejrzeniu. W mojej głowie powstała masa domysłów, co mogło się stać. Dlaczego Adam nie odbierał telefonów. Szczerze powątpiewałam w wersję, że znał tego człowieka i postanowił zostać na ćwiartkę. Powiedziałby.
Przecież by mi powiedział…
Dla pewności zadzwoniłam raz jeszcze, w ciszy wsłuchując się w nieznośne szumienie, które zaczynało już poważnie irytować. Martwić. Cztery ściany, nieświadomość i strapienie drążyło ogromną dziurę w moim umyśle. Popadałam w paranoję. Musiałam zrobić cokolwiek. Zatem jedyne, co mi przyszło do głowy, to zabranie adresu tamtego człowieka, zapas ostrożności i niezapowiedziane odwiedziny. Hyundai’em wyjechałam prosto spod restauracji, ostatnie godziny otwarcia lokalu powierzając Tomowi. Nie zdążyłam mu nawet powiedzieć o tym, że Adam rozpłynął się w powietrzu. Że nie daje znaku życia, a ostatnią osobą, z którą rozmawiał, byłam ja. Pogoda nie sprzyjała. Wycieraczki w samochodzie co chwila wprawiane zostawały w ruch, by przemyć mokrą od deszczu przednią szybę. Mgła wisiała nad miastem niczym groźba, którą zapowiadał mój wewnętrznie skrywany przestrach.
18 gru 2018
Od Odette C.D Adam
Słowa Adama wzięłam sobie mocno do serca, próbując nimi przewyższyć świadomość, że następnego dnia ślad mojej obecności w tym domu zniknie. Oczywiście pozostawała praca, ale uzmysłowiłam sobie, jak bardzo przywiązałam się do tego miejsca. Do ludzi, którzy obdarowali mnie przyjaźnią i dobrocią, co starałam się jak najlepiej oddać. Adam, chcąc nie chcąc, pozostał mi w głowie bez możliwości jej opuszczenia, i spędzanie z nim nocy wcale nie było okraszone żadnym podtekstem seksualnym. Dotyk jego obejmujących mnie ramion, ciepło jego ciała ― tego chciałam zaznać ostatni raz. Mężczyzna pojawiający się w końcu w progu pokoju, tuż przy przepełnionej rzeczami walizce oraz torbie, bez trudności odwrócił moją uwagę od wszelkich problemów i smutku, który wiązał się z powrotem do akademika. Powinnam być szczęśliwa, ale nieoczekiwanie te uczucie przysłoniło to dziwne wrażenie, że powinnam pozostać jeszcze w tym miejscu. Daj spokój, Odette, nie będziesz nikomu siedzieć na karku przez kolejny tydzień.
- Na śmierć zapomniałem. ― Uśmiechnął się. ― Praca za bardzo mnie pochłonęła. Musisz się mną jakoś zająć, żebym się odprężył i dostatecznie o niej zapomniał.
Z tymi słowami nieznacznie uniosłam brwi w znikomym podziwie. Dwieście avarów, które zdołałam zaoszczędzić, wysunęłam dyskretnie zza rękawa, przez co banknot trafił do moich zwinnych palców. Zawędrowałam nimi po jego linii pleców, docierając do jego tylnej kieszeni, w jakiej cichutko zostawiłam pieniądze mające być zapłatą za długą gościnę. Adam najzwyczajniej w świecie tego nie zauważył, tylko w odwecie na moje działanie cicho zamruczał mi do ucha oraz zmysłowo przygryzł krawędź. Wstrząsnął mną szybki dreszcz. Myśli, że ten wieczór nie skończy się w żaden nieprzyzwoity sposób, zaczęły pękać pod jego kolejnymi pieszczotami, jakimi obdarowywał moją skórę. Inicjował bez przerwy. Jego dłonie układały się na mojej talii, podciągając koszulkę do góry.
- Więc tak chcesz spędzić ten ostatni wieczór? ― Wyszeptałam mu cichutko do ucha. Mając ciągle dłonie na jego plecach mogłam z łatwością wyczuć, że przelatują po nim dreszcze.
Powietrze wypełnił jego krótki śmiech.
- Aż tak bardzo to widać?
- Odrobinkę. ― Parsknęłam i pociągnęłam go w stronę łóżka. Padł na materac bezwładnie, pozwalając mi wdrapać się na jego biodra. Mocno przylgnęłam swoim ciałem, a nasze usta odnalazły się w gorącym, napędzającym podniecenie pocałunku. Moje dłonie zaczęły nieświadomie błądzić pod jego koszulkę, co spowodowało, że Adam w końcu zdecydował się odwdzięczyć i zdjąć moją bluzkę.
- To co, rozluźnisz mnie trochę? ― Pochwycił moje rozpalone spojrzenie, które wręcz poprowadził ku paskowi od spodni. Z szerokim rumieńcem na twarzy wróciłam wzrokiem do jego ust, które wykrzywiły się w cwanym uśmieszku.
Pozostawiając te pytanie bez odpowiedzi, zamknęłam mu buzię namiętnym, pełnym pożądania pocałunkiem. Pobudziło go to do tego stopnia, że pod sobą poczułam wyraźne uwypuklenie w spodniach, które próbowało wydrzeć się wręcz z ograniczającego materiału. W serii niekończących się pocałunków zsuwałam swoją dłoń coraz niżej, która zaraz potem trafiła wprost na rozporek. Sprawnie go rozsunęłam, co spotkało się z uśmiechem Adama, jaki z łatwością wyczułam pod własnymi wargami [...]
Już z rana, będąc zamkniętą w ciepłych, męskich objęciach, dopuszczałam do siebie świadomość, że nadszedł czas. Czas zerwania z dotychczasową rutyną, powrót do spokojnego, nudnego życia bez większych zmian, które potrafił wywołać Adam. Najciszej jak mogłam, opuściłam uścisk mężczyzny. On poruszył się tylko nerwowo, mrucząc coś pod nosem, i dalej okrył się kołdrą, powracając do snu. By go nie zakłócić, delikatnie ucałowałam jego czoło na znak pożegnania, pogłaskałam czule blond włosy oraz wraz z walizką oraz torbą zeszłam na dół. W domu trwała głęboka, nieprzerwana żadnym dźwiękiem cisza. Zatrzymałam się jeszcze przy blacie, żeby posprzątać nieco po wczorajszej kolacji i móc z czystym sumieniem opuścić dom. Tom, zgodnie z naszą umową, odwiózł mnie później pod akademik i pozostawił samej sobie, podsumowując podróż radosnym „jeszcze się spotkamy”. Oczywiście, że tak, i to choćby w pracy tego samego dnia. Moja zmiana obejmowała tylko wieczór, przez co nie mogłam potwierdzić, że trafię akurat na Adama. Dziwne przeczucie wewnątrz kazało mi myśleć, że Lancaster jako kierownik i tak nie odpuści sobie restauracji przynajmniej do północy.
Remont mojego, swoją drogą wciąż pustego mieszkania uczciłam z Jaime małym drinkiem i pod jego znikomym wpływem, z dobrym humorem powędrowałam do restauracji, w jakiej pracowałam. Tłumy wypełniały budynek już zapewne od dłuższego czasu. W powietrzu roznosił się wszędzie zapach dziesiątek najróżniejszych dań. Pora zimowa sprzyjała szybszemu nadejściu nocy, co sprawiło, że już około siedemnastej mrok miasta rozjaśniły liczne światła restauracji. Pojawiłam się akurat w momencie, kiedy kręcące się między stolikami kelnerki niemal traciły głowy od napływających zamówień.
Najpierw jednak wkroczyłam do biura po fartuch, od razu napotykając mocno zdenerwowanego Adama, który próbował znaleźć coś w wichurze latających dokumentów. Nawet nie podniósł wzroku. Zrobił to dopiero gdy wymownie odchrząknęłam.
- Adam? ― Zmarszczyłam brwi, przymykając drzwi za sobą.
- Och, nie zauważyłem cię ― odparł, biorąc zmęczony oddech.
- Coś się stało? ― Nie mogłam w ogóle wyzbyć się niepokoju, który czułam patrząc na niego.
Oderwał się na chwilę od papierów.
- Chciałem dzisiaj opłacić nową dostawę. Okazało się, że mamy część fałszywych pieniędzy ― mruknął niezadowolony, choć ten wściekły wyraz twarzy mogłam nazwać czymś więcej niż tylko niezadowoleniem.
- Ale jak to fałszywych? ― spytałam z niedowierzaniem w głosie. ― To w ogóle możliwe?
- Możliwe, bo właśnie nas tak ojebali. ― Przeczesał nerwowo czuprynę. ― Muszę sprawdzić zestawienia z ostatnich dni, sprawdzić, kto zamawiał na życzenie zapas jedzenia i…
- I załatwić to pokojowo ― dokończyłam za niego. ― Dostaniesz swoje pieniądze. Skontaktujemy się z tym kimś i zamiast wzywać policję, po prostu to wyjaśnimy. ― Powędrowałam obok biurka i przeczesałam wzrokiem liczne dokumenty. Człowiek, który tego dokonał, na pewno nie miał czystego sumienia oraz nie zrobił tego przypadkiem, ale z pewnością dałoby się uniknąć niepotrzebnych nieprzyjemności.
- Na śmierć zapomniałem. ― Uśmiechnął się. ― Praca za bardzo mnie pochłonęła. Musisz się mną jakoś zająć, żebym się odprężył i dostatecznie o niej zapomniał.
Z tymi słowami nieznacznie uniosłam brwi w znikomym podziwie. Dwieście avarów, które zdołałam zaoszczędzić, wysunęłam dyskretnie zza rękawa, przez co banknot trafił do moich zwinnych palców. Zawędrowałam nimi po jego linii pleców, docierając do jego tylnej kieszeni, w jakiej cichutko zostawiłam pieniądze mające być zapłatą za długą gościnę. Adam najzwyczajniej w świecie tego nie zauważył, tylko w odwecie na moje działanie cicho zamruczał mi do ucha oraz zmysłowo przygryzł krawędź. Wstrząsnął mną szybki dreszcz. Myśli, że ten wieczór nie skończy się w żaden nieprzyzwoity sposób, zaczęły pękać pod jego kolejnymi pieszczotami, jakimi obdarowywał moją skórę. Inicjował bez przerwy. Jego dłonie układały się na mojej talii, podciągając koszulkę do góry.
- Więc tak chcesz spędzić ten ostatni wieczór? ― Wyszeptałam mu cichutko do ucha. Mając ciągle dłonie na jego plecach mogłam z łatwością wyczuć, że przelatują po nim dreszcze.
Powietrze wypełnił jego krótki śmiech.
- Aż tak bardzo to widać?
- Odrobinkę. ― Parsknęłam i pociągnęłam go w stronę łóżka. Padł na materac bezwładnie, pozwalając mi wdrapać się na jego biodra. Mocno przylgnęłam swoim ciałem, a nasze usta odnalazły się w gorącym, napędzającym podniecenie pocałunku. Moje dłonie zaczęły nieświadomie błądzić pod jego koszulkę, co spowodowało, że Adam w końcu zdecydował się odwdzięczyć i zdjąć moją bluzkę.
- To co, rozluźnisz mnie trochę? ― Pochwycił moje rozpalone spojrzenie, które wręcz poprowadził ku paskowi od spodni. Z szerokim rumieńcem na twarzy wróciłam wzrokiem do jego ust, które wykrzywiły się w cwanym uśmieszku.
Pozostawiając te pytanie bez odpowiedzi, zamknęłam mu buzię namiętnym, pełnym pożądania pocałunkiem. Pobudziło go to do tego stopnia, że pod sobą poczułam wyraźne uwypuklenie w spodniach, które próbowało wydrzeć się wręcz z ograniczającego materiału. W serii niekończących się pocałunków zsuwałam swoją dłoń coraz niżej, która zaraz potem trafiła wprost na rozporek. Sprawnie go rozsunęłam, co spotkało się z uśmiechem Adama, jaki z łatwością wyczułam pod własnymi wargami [...]
Już z rana, będąc zamkniętą w ciepłych, męskich objęciach, dopuszczałam do siebie świadomość, że nadszedł czas. Czas zerwania z dotychczasową rutyną, powrót do spokojnego, nudnego życia bez większych zmian, które potrafił wywołać Adam. Najciszej jak mogłam, opuściłam uścisk mężczyzny. On poruszył się tylko nerwowo, mrucząc coś pod nosem, i dalej okrył się kołdrą, powracając do snu. By go nie zakłócić, delikatnie ucałowałam jego czoło na znak pożegnania, pogłaskałam czule blond włosy oraz wraz z walizką oraz torbą zeszłam na dół. W domu trwała głęboka, nieprzerwana żadnym dźwiękiem cisza. Zatrzymałam się jeszcze przy blacie, żeby posprzątać nieco po wczorajszej kolacji i móc z czystym sumieniem opuścić dom. Tom, zgodnie z naszą umową, odwiózł mnie później pod akademik i pozostawił samej sobie, podsumowując podróż radosnym „jeszcze się spotkamy”. Oczywiście, że tak, i to choćby w pracy tego samego dnia. Moja zmiana obejmowała tylko wieczór, przez co nie mogłam potwierdzić, że trafię akurat na Adama. Dziwne przeczucie wewnątrz kazało mi myśleć, że Lancaster jako kierownik i tak nie odpuści sobie restauracji przynajmniej do północy.
Remont mojego, swoją drogą wciąż pustego mieszkania uczciłam z Jaime małym drinkiem i pod jego znikomym wpływem, z dobrym humorem powędrowałam do restauracji, w jakiej pracowałam. Tłumy wypełniały budynek już zapewne od dłuższego czasu. W powietrzu roznosił się wszędzie zapach dziesiątek najróżniejszych dań. Pora zimowa sprzyjała szybszemu nadejściu nocy, co sprawiło, że już około siedemnastej mrok miasta rozjaśniły liczne światła restauracji. Pojawiłam się akurat w momencie, kiedy kręcące się między stolikami kelnerki niemal traciły głowy od napływających zamówień.
Najpierw jednak wkroczyłam do biura po fartuch, od razu napotykając mocno zdenerwowanego Adama, który próbował znaleźć coś w wichurze latających dokumentów. Nawet nie podniósł wzroku. Zrobił to dopiero gdy wymownie odchrząknęłam.
- Adam? ― Zmarszczyłam brwi, przymykając drzwi za sobą.
- Och, nie zauważyłem cię ― odparł, biorąc zmęczony oddech.
- Coś się stało? ― Nie mogłam w ogóle wyzbyć się niepokoju, który czułam patrząc na niego.
Oderwał się na chwilę od papierów.
- Chciałem dzisiaj opłacić nową dostawę. Okazało się, że mamy część fałszywych pieniędzy ― mruknął niezadowolony, choć ten wściekły wyraz twarzy mogłam nazwać czymś więcej niż tylko niezadowoleniem.
- Ale jak to fałszywych? ― spytałam z niedowierzaniem w głosie. ― To w ogóle możliwe?
- Możliwe, bo właśnie nas tak ojebali. ― Przeczesał nerwowo czuprynę. ― Muszę sprawdzić zestawienia z ostatnich dni, sprawdzić, kto zamawiał na życzenie zapas jedzenia i…
- I załatwić to pokojowo ― dokończyłam za niego. ― Dostaniesz swoje pieniądze. Skontaktujemy się z tym kimś i zamiast wzywać policję, po prostu to wyjaśnimy. ― Powędrowałam obok biurka i przeczesałam wzrokiem liczne dokumenty. Człowiek, który tego dokonał, na pewno nie miał czystego sumienia oraz nie zrobił tego przypadkiem, ale z pewnością dałoby się uniknąć niepotrzebnych nieprzyjemności.
[Adam?]
9 gru 2018
Od Odette C.D Adam
Z jednej strony swatka-pięciolatka, a z drugiej obejmujący mnie szczelnie swoimi ramionami Adam. Po prostu. Jak gdyby nigdy nic. Jak para. Czy mogłam znaleźć się w bardziej krępującej sytuacji? Wszystkie pary oczu skierowane były w naszą stronę, a ja modliłam się w duchu, by okropnie ciepłe wypieki na policzkach zaczęły łagodnieć. Oczywiście zrobiłam dobrą minę do złej gry, zatem na twarzy wkradł mi się uśmiech, z gardła wydobył się ten nerwowy chichocik.
- Mocne, prawda?
Przełknęłam głośno ślinę, nie wiedząc nawet, jaka odpowiedź wydaje się najodpowiedniejsza. Słynna jednak byłam ze strzelania gaf, dlatego moje myślenie urwało się szybciej, niż to przewidywałam.
- Taaak… ― Uścisk dawał mi coraz więcej ciepła. Albo to było moje rozpalone ze wstydu wnętrze. Nie wiem. Delikatnie ujęłam dłonie Adama i rozwarłam jego ramiona, by dosyć subtelnymi ruchami się wyswobodzić. ― Adam, możemy porozmawiać? ― Szeroki uśmiech z ukazanym szeregiem białych zębów nie mógł nawet dać mu ani jednego powodu do niepokoju.
- Jasne ― rzucił swobodnie. ― O czym?
- Na osobności. ― Skinęłam głową w stronę ciekawskiej Cindy, która tylko przypatrywała nam się z dużą uwagą, a jej przenikliwe oczy zbierały z nas wszelkie informacje. Czułam się wręcz ogołocona z prywatności.
Adam najwyraźniej poddał to lekkim obawom, gdyż ugrzązł w jednym miejscu.
- Dobra, chodź. ― Złapał mnie za rękę i z zastanowieniem wyrysowanym na twarzy poprowadził mnie do swojego pokoju. Zajęłam miejsce na krawędzi łóżka, mając przy okazji wrażenie, że uparte rumieńce znikają z moich policzków.
- Od czego zacząć… nie jestem dobra w przemowach, więc spytam wprost ― zaczęłam, unosząc zdecydowany wzrok na mężczyznę. Nie wiedział nawet, co myśleć o moim aktualnym zachowaniu. Jego oczy bezwiednie wysyłały wiadomość „nie rozumiem, co czego zmierzasz”.
- Zaczynam się ciebie bać ― mruknął.
- W jakiej my tkwimy relacji, Adam?
Takiej powagi splecionej razem z bezradnością w życiu się po sobie nie spodziewałam. Próbowałam zebrać myśli w jedną, spójną całość, lecz niektóre rozłaziły się i odchodziły od siebie. Nie pasowały niczym puzzel do puzzla. Wyraz twarzy Adama również nie zdradzał niczego konkretnego. Zastanawiał się. I trwało to dłuższą chwilę wypełnioną równomiernymi oddechami, mimo iż czułam, że mój totalnie zamarł wraz z rytmem bicia serca.
- Cóż… to chyba trochę skomplikowane.
Skomplikowane to dobre słowo.
Więc jego wątpliwości również wywodziły się z braku jakichkolwiek głębszych uczuć, które są składnikiem słodkiego uczucia w żołądku? Motylków?
Miłość? Nie.
Zauroczenie? Nie.
Pożądanie.
- Tak, jest skomplikowane ― mruknęłam. Żadne z nas prawdopodobnie nawet nie zamierzało zmusić się do wyznania tych pustych uczuć. ― Adam, jesteś… niesamowitym mężczyzną ― zaczęłam, zdając sobie sprawę, że takie początki mają zwykle odrzucenia wepchnięte w tani film.
On zaś obserwował i słuchał mnie z uwagą.
- Swego czasu było coś, co czułam, ale… ― zawiesiłam nieco głos. ― Ale bynajmniej nie jest to, co chciałaby Cindy. ― Zarumieniłam się i nieco spuściłam wzrok. Moje serce teraz przepełniła ogromna ulga, która jednak nie miała siły przewyższyć stresu.
- Rozumiem, o czym mówisz, Odette. ― Złożył obie ręce niczym do modlitwy i z westchnieniem zasiadł na fotelu.
Podniosłam na niego zastanawiający wzrok.
- Rozumiesz?
- Rozumiem. Mam podobnie. ― Przyznanie, że pociągał mnie seksualnie, byłoby zbyt nie na miejscu? ― Więc… co robimy z tym fantem? Wypadałoby się jakoś określić. ― Podrapał się po linii karku, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Przyjaciele? ― Wyrwało mi się z ust nawet bez długiego zastanowienia.
Uniósł brwi w odpowiedzi.
- Przyjaciele z korzyściami ― mruknął, wyraźnie zadowolony tym określeniem. Ja za to spaliłam buraka, zakrywając twarz dłońmi. ― No co? To nie jest dziwne. Skoro oboje nie potrzebujemy drugiej połówki, to po jakiego się okłamywać?
- Chyba masz rację… ― szepnęłam, próbując wyzbyć się z głowy myśli z serii „co by było, gdybym skłamała na temat uczuć” i wmówiła mu, że jestem zakochana. Po to, by nie zranić jego mimo wszystko ciepłego, oddanego serca. Okazało się jednak, że czuł tak samo. ― Przyjaciele z korzyściami? ― Wyciągnęłam dłoń w jego stronę, sugerującą, że powinien ją uścisnąć w ramach przypieczętowania tej decyzji.
Uśmiechnął się, rozbawiony.
- Przyjaciele z korzyściami. ― Przystał na tę propozycję i ścisnął moją dłoń. Nasze spojrzenie dłuższy czas utrzymywały się na tej samej linii, wpatrzone w siebie nawzajem. Wyjaśnienie wszelkich spraw sercowych przyniosło w końcu mojemu umysłowi odrobinę spokoju.
Cały dzień spędzony był niemalże na rozmowach z całą rodziną Lancasterów. Atmosfera wypełniona przyjaźnią i otwartością nie gasła tu ani na sekundę, przez co bez trudów poczułam się tu niczym w rodzinie. Pomagałam, jak tylko mogłam przy sprzątaniu, śniadaniu, kolacji czy obiedzie, by na samym końcu dniach uzmysłowić sobie, iż laba się nieubłaganie kończy. Tak, właśnie następnego dnia mieliśmy wszyscy rzucić się w wir obowiązków i pracy, o której pod wpływem takich ilości wydarzeń niemal zapomniałam.
Z Adamem przetransportowaliśmy się do znanej każdemu Avenleyczykowi restauracji. Przywitałam się tam z Tomem, który ślęczał już od pierwszych promieni słońca przy rozpakowywaniu towarów. Gdy na niego patrzyłam, nawet nie przypominał mi się incydent, który bezmyślnie wyczynił.
- Pomóc ci jakoś z tym? ― Uniosłam jedną brew, zatrzymując się przy sporym samochodzie towarowym. Chłopak obładowany ciężkimi kartonami ledwo spojrzał na mnie przez krawędź jednego z nich. Obdarowałam go szybkim uśmiechem.
- Nie, nie… powinienem pokazać, że jestem mężczyzną. ― Zaśmiał się dźwięcznie i podrzucił karton, próbując poprawić jego pozycję w dłoniach. Jasne.
- To nie wstyd zapytać o pomoc. ― Bez zbędnych ceregieli podwędziłam mu jeden przedmiot i wycofałam się z powrotem do restauracji, cudem unikając zderzenia czołowego z Adamem. Pojawił się zupełnie znikąd, a gdy zachwiałam się niewyraźnie w powietrzu, zacisnął dłonie na moich ramionach.
- Ja to wezmę. ― Rzucił szerokim uśmiechem i odebrał mi karton z ręki. ― Cała dostawa jest spisana? Potrzebuję listy. Zanieś mi ją proszę do biura.
- Najpierw muszę ją znaleźć ― mruknęłam, oddając mu uśmiech.
Pełna lista produktów podróżowała razem z Tomem, przyczepiona do jego paska. Oddał mi ją bez namów, przez co do Adama dotarłam wręcz w rekordowym czasie. Siedział już na swoim wygodnym, miękkim fotelu, wpatrując się w stos dokumentów. Czując kogoś obecność, podniósł wzrok ku górze.
Pomachałam mu listą przed oczyma.
- Zuch dziewczyna. ― Korzystając z tego, że był blisko, podał mi fartuch z wieszaka, bym mogła zawiązać go wokół talii. Następnie wziął ode mnie notes i zaczął obejmować go zainteresowanym spojrzeniem. Złożył na dole niechlujny podpis. ― Ciężko było tu wrócić. Byłem mocno rozleniwiony.
- Ciekawe dlaczego ― wymruczałam, siadając na krawędzi jego biura. Zagryzł zaraz skuwkę długopisu, którą trzymał w ustach i pozwolił, by jego twarz przeciął znaczący uśmieszek. Przesunął się na fotelu bliżej mnie. Ciarki znów niemal obezwładniły moje ciało.
- To pewnie przez rozpraszającą pracownicę. ― Dłoń położył na moim kolanie i zaczął miziać, co jakiś czas odważając się sięgnąć wyżej. Posłużył się w dosyć bezwstydny sposób faktem, iż założyłam jedynie czarną sukienkę i ciemne rajstopy, które ochraniały mnie częściowo przed grudniową atmosferą.
- Nie zganiaj na mnie. ― Założyłam nogę na nogę, co spowodowało, że jego dłoń delikatnie ścisnęła się pomiędzy moim udami. Uświadomiłam sobie wówczas jakim intensywnym ciepłem emanował. Zmusiło mnie to do wzięcia dyskretnego, acz głębokiego oddechu.
- Próbujesz sprowokować mnie w pracy? ― spytał ochrypłym szeptem.
- Nie odważyłabym się.
- Zbliż się. ― Rozbrzmiało to niczym rozkaz. Pochyliłam się w jego stronę delikatnie, jednak wibrujący telefon szybko zniszczył całe napięcie w atmosferze. Cicho pulsujące pożądanie zostało wręcz zdeptane jedną, krótką wiadomością od administratora akademika. Prace nad remontem mojej części budynku właśnie się skończyły.
- Adam. ― Odsunęłam się, nadal wpatrzona w wyświetlacz. Tylko przez krótki ułamek sekundy zdołałam zlustrować zniecierpliwiony wyraz niebieskich oczu mężczyzny. ― Wracam do akademika. ― Schowałam telefon po to, by móc wbić wzrok w jego nieodgadnioną twarz.
- Mocne, prawda?
Przełknęłam głośno ślinę, nie wiedząc nawet, jaka odpowiedź wydaje się najodpowiedniejsza. Słynna jednak byłam ze strzelania gaf, dlatego moje myślenie urwało się szybciej, niż to przewidywałam.
- Taaak… ― Uścisk dawał mi coraz więcej ciepła. Albo to było moje rozpalone ze wstydu wnętrze. Nie wiem. Delikatnie ujęłam dłonie Adama i rozwarłam jego ramiona, by dosyć subtelnymi ruchami się wyswobodzić. ― Adam, możemy porozmawiać? ― Szeroki uśmiech z ukazanym szeregiem białych zębów nie mógł nawet dać mu ani jednego powodu do niepokoju.
- Jasne ― rzucił swobodnie. ― O czym?
- Na osobności. ― Skinęłam głową w stronę ciekawskiej Cindy, która tylko przypatrywała nam się z dużą uwagą, a jej przenikliwe oczy zbierały z nas wszelkie informacje. Czułam się wręcz ogołocona z prywatności.
Adam najwyraźniej poddał to lekkim obawom, gdyż ugrzązł w jednym miejscu.
- Dobra, chodź. ― Złapał mnie za rękę i z zastanowieniem wyrysowanym na twarzy poprowadził mnie do swojego pokoju. Zajęłam miejsce na krawędzi łóżka, mając przy okazji wrażenie, że uparte rumieńce znikają z moich policzków.
- Od czego zacząć… nie jestem dobra w przemowach, więc spytam wprost ― zaczęłam, unosząc zdecydowany wzrok na mężczyznę. Nie wiedział nawet, co myśleć o moim aktualnym zachowaniu. Jego oczy bezwiednie wysyłały wiadomość „nie rozumiem, co czego zmierzasz”.
- Zaczynam się ciebie bać ― mruknął.
- W jakiej my tkwimy relacji, Adam?
Takiej powagi splecionej razem z bezradnością w życiu się po sobie nie spodziewałam. Próbowałam zebrać myśli w jedną, spójną całość, lecz niektóre rozłaziły się i odchodziły od siebie. Nie pasowały niczym puzzel do puzzla. Wyraz twarzy Adama również nie zdradzał niczego konkretnego. Zastanawiał się. I trwało to dłuższą chwilę wypełnioną równomiernymi oddechami, mimo iż czułam, że mój totalnie zamarł wraz z rytmem bicia serca.
- Cóż… to chyba trochę skomplikowane.
Skomplikowane to dobre słowo.
Więc jego wątpliwości również wywodziły się z braku jakichkolwiek głębszych uczuć, które są składnikiem słodkiego uczucia w żołądku? Motylków?
Miłość? Nie.
Zauroczenie? Nie.
Pożądanie.
- Tak, jest skomplikowane ― mruknęłam. Żadne z nas prawdopodobnie nawet nie zamierzało zmusić się do wyznania tych pustych uczuć. ― Adam, jesteś… niesamowitym mężczyzną ― zaczęłam, zdając sobie sprawę, że takie początki mają zwykle odrzucenia wepchnięte w tani film.
On zaś obserwował i słuchał mnie z uwagą.
- Swego czasu było coś, co czułam, ale… ― zawiesiłam nieco głos. ― Ale bynajmniej nie jest to, co chciałaby Cindy. ― Zarumieniłam się i nieco spuściłam wzrok. Moje serce teraz przepełniła ogromna ulga, która jednak nie miała siły przewyższyć stresu.
- Rozumiem, o czym mówisz, Odette. ― Złożył obie ręce niczym do modlitwy i z westchnieniem zasiadł na fotelu.
Podniosłam na niego zastanawiający wzrok.
- Rozumiesz?
- Rozumiem. Mam podobnie. ― Przyznanie, że pociągał mnie seksualnie, byłoby zbyt nie na miejscu? ― Więc… co robimy z tym fantem? Wypadałoby się jakoś określić. ― Podrapał się po linii karku, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Przyjaciele? ― Wyrwało mi się z ust nawet bez długiego zastanowienia.
Uniósł brwi w odpowiedzi.
- Przyjaciele z korzyściami ― mruknął, wyraźnie zadowolony tym określeniem. Ja za to spaliłam buraka, zakrywając twarz dłońmi. ― No co? To nie jest dziwne. Skoro oboje nie potrzebujemy drugiej połówki, to po jakiego się okłamywać?
- Chyba masz rację… ― szepnęłam, próbując wyzbyć się z głowy myśli z serii „co by było, gdybym skłamała na temat uczuć” i wmówiła mu, że jestem zakochana. Po to, by nie zranić jego mimo wszystko ciepłego, oddanego serca. Okazało się jednak, że czuł tak samo. ― Przyjaciele z korzyściami? ― Wyciągnęłam dłoń w jego stronę, sugerującą, że powinien ją uścisnąć w ramach przypieczętowania tej decyzji.
Uśmiechnął się, rozbawiony.
- Przyjaciele z korzyściami. ― Przystał na tę propozycję i ścisnął moją dłoń. Nasze spojrzenie dłuższy czas utrzymywały się na tej samej linii, wpatrzone w siebie nawzajem. Wyjaśnienie wszelkich spraw sercowych przyniosło w końcu mojemu umysłowi odrobinę spokoju.
***
Z Adamem przetransportowaliśmy się do znanej każdemu Avenleyczykowi restauracji. Przywitałam się tam z Tomem, który ślęczał już od pierwszych promieni słońca przy rozpakowywaniu towarów. Gdy na niego patrzyłam, nawet nie przypominał mi się incydent, który bezmyślnie wyczynił.
- Pomóc ci jakoś z tym? ― Uniosłam jedną brew, zatrzymując się przy sporym samochodzie towarowym. Chłopak obładowany ciężkimi kartonami ledwo spojrzał na mnie przez krawędź jednego z nich. Obdarowałam go szybkim uśmiechem.
- Nie, nie… powinienem pokazać, że jestem mężczyzną. ― Zaśmiał się dźwięcznie i podrzucił karton, próbując poprawić jego pozycję w dłoniach. Jasne.
- To nie wstyd zapytać o pomoc. ― Bez zbędnych ceregieli podwędziłam mu jeden przedmiot i wycofałam się z powrotem do restauracji, cudem unikając zderzenia czołowego z Adamem. Pojawił się zupełnie znikąd, a gdy zachwiałam się niewyraźnie w powietrzu, zacisnął dłonie na moich ramionach.
- Ja to wezmę. ― Rzucił szerokim uśmiechem i odebrał mi karton z ręki. ― Cała dostawa jest spisana? Potrzebuję listy. Zanieś mi ją proszę do biura.
- Najpierw muszę ją znaleźć ― mruknęłam, oddając mu uśmiech.
Pełna lista produktów podróżowała razem z Tomem, przyczepiona do jego paska. Oddał mi ją bez namów, przez co do Adama dotarłam wręcz w rekordowym czasie. Siedział już na swoim wygodnym, miękkim fotelu, wpatrując się w stos dokumentów. Czując kogoś obecność, podniósł wzrok ku górze.
Pomachałam mu listą przed oczyma.
- Zuch dziewczyna. ― Korzystając z tego, że był blisko, podał mi fartuch z wieszaka, bym mogła zawiązać go wokół talii. Następnie wziął ode mnie notes i zaczął obejmować go zainteresowanym spojrzeniem. Złożył na dole niechlujny podpis. ― Ciężko było tu wrócić. Byłem mocno rozleniwiony.
- Ciekawe dlaczego ― wymruczałam, siadając na krawędzi jego biura. Zagryzł zaraz skuwkę długopisu, którą trzymał w ustach i pozwolił, by jego twarz przeciął znaczący uśmieszek. Przesunął się na fotelu bliżej mnie. Ciarki znów niemal obezwładniły moje ciało.
- To pewnie przez rozpraszającą pracownicę. ― Dłoń położył na moim kolanie i zaczął miziać, co jakiś czas odważając się sięgnąć wyżej. Posłużył się w dosyć bezwstydny sposób faktem, iż założyłam jedynie czarną sukienkę i ciemne rajstopy, które ochraniały mnie częściowo przed grudniową atmosferą.
- Nie zganiaj na mnie. ― Założyłam nogę na nogę, co spowodowało, że jego dłoń delikatnie ścisnęła się pomiędzy moim udami. Uświadomiłam sobie wówczas jakim intensywnym ciepłem emanował. Zmusiło mnie to do wzięcia dyskretnego, acz głębokiego oddechu.
- Próbujesz sprowokować mnie w pracy? ― spytał ochrypłym szeptem.
- Nie odważyłabym się.
- Zbliż się. ― Rozbrzmiało to niczym rozkaz. Pochyliłam się w jego stronę delikatnie, jednak wibrujący telefon szybko zniszczył całe napięcie w atmosferze. Cicho pulsujące pożądanie zostało wręcz zdeptane jedną, krótką wiadomością od administratora akademika. Prace nad remontem mojej części budynku właśnie się skończyły.
- Adam. ― Odsunęłam się, nadal wpatrzona w wyświetlacz. Tylko przez krótki ułamek sekundy zdołałam zlustrować zniecierpliwiony wyraz niebieskich oczu mężczyzny. ― Wracam do akademika. ― Schowałam telefon po to, by móc wbić wzrok w jego nieodgadnioną twarz.
[Adam?]
+10PD
+10PD
27 lis 2018
Od Odette C.D Adam (+18)
Każdy dotyk Adama niemal parzył moją skórę. Jego pieszczoty, które nie miały prawa nazywać się subtelnymi, napalały mnie do granic możliwości. Podniecenie, nawiasem mówiąc tłumione tego dnia zbyt długo, rosło w niesamowitym tempie, wyzwolone każdym pojedynczym stęknięciem. Żadnych zahamowań. Żadnego znaku stop. W kłębach rozkoszy czułam, jak dłoń Adama dostarcza mi niewiarygodnej przyjemności, zwinnie palcami przesuwając się po mojej kobiecości. Dociskał ją nerwowo. Pieścił. A ja w odpowiedzi wydawałam ciche, zadowolone jęki, które same wyrywały mi się z gardła.
20 lis 2018
Od Odette C.D Adam
Wszystko było w porządku.
Wszystko.
A jednak dziwne skrępowanie blokowało mnie teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Zwłaszcza kiedy ledwo ubrana, nieznajoma pani ― ach, przepraszam, Sylvia ― rzuciła się na szyję Adamowi i wyszeptała mu zapewne niezbyt przyzwoite słówka do ucha. Zapiłam wtedy te dziwne uczucie zakłopotania szybkim łykiem kawy, który całkowicie opróżnił kubek, a napój mimo dawki kofeiny nie wydawał się stawiać mnie na nogi.
- Nawet nie pamiętałeś jej imienia, hm? ― spytałam mimochodem, kiedy śpiąca królewna już wdrapała się zgrabnym ruchem po schodach.
Ciężko mi przychodziło to na myśl, naprawdę ciężko, ale Adam chyba nie miał problemu z korzystaniem z pań o niskim poszanowaniu własnego ciała. Wystarczyło, że wypił i miał ochotę się za nią zabrać, co stwierdził zupełnie tak, jakby była to codzienność. Zresztą, mogłam się tego spodziewać po tym, co wyczyniało się na ostatniej imprezie, a ja głupio próbowałam wydrzeć to z pamięci bądź przypisać do tego nieistniejące zalety.
- No nie… ― Podrapał się po głowie z głupkowatym uśmiechem.
- To już koniec wypadów? ― Zaczęłam czyścić kubek z gęstych fusów kawy.
- Znając życie, Andree jeszcze coś wymyśli.
- Ale ty nie musisz się na to zgadzać. ― Na mojej twarzy odmalował się uroczy uśmiech.
- Co innego, gdy chcę ― odpowiedział tym samym, wywołując przy tym moje nieuzasadnione zrezygnowanie. Dlaczego on zapuszczał się coraz bardziej w to, od czego uciekał? W moim wnętrzu wręcz darł się głos, by wyplątać go z tych sideł, zanim będzie za późno, ale tłumiłam go w sobie niczym potwora w klatce. Ostatnie, co chciałam, to narzucać mu swoje własne racje.
- Jasne, rozumiem. ― Nie wiedziałam, jak długo będę w stanie trzymać niezadowolenie pod uśmiechem.
On jednak nie silił się, by to wykryć, i od razu wyjął z szafki leki przeciwbólowe. Podeszłam spokojnym krokiem do telefonu, odblokowałam wyświetlacz, zderzając się ze sporym zaskoczeniem. Nieznajomy numer widniał w świeżo zapisanych kontaktach.
- Adam? ― Skierowałam głowę w jego stronę. ― Wiesz może, czyj to numer? ― Pokazałam mu telefon, który ujął po chwili w dłoń. Ból głowy zapewne spotęgował ostry blask ekranu, przez co blondyn zmrużył oczy, zanim zdołał przeczytać cyfry.
- Andree? ― Jego głos wykazywał mieszanką zdziwienia z niedowierzaniem. ― To kobieciarz, tak tylko mówię. ― Odłożył telefon, kiedy byłam bliska pomyślenia, że usunie mi ten numer. Nie był na tyle głupi.
- Dlaczego Andree miałby chcieć się ze mną skontaktować?
Podstęp?
Adam cicho prychnął i popił tabletki dużym łykiem wody.
- Sam nie wiem. ― Zdecydowanie nie podzielił moich uczuć, a potraktował je tak, jakby były wyssane z palca i niepoparte żadnymi faktami. ― Raczej to nic nie znaczy, wielu dziewczynom tak robi.
- Skąd to wiesz? ― mruknęłam niezbyt przekonana.
- Bo znam go dłużej? ― Uniósł brwi do góry i osaczył mnie oczywistym uśmiechem, przez który poczułam się nieco głupia. ― Radzę zapomnieć. ― Mrugnął niebieskim spojrzeniem i skierował się z powrotem na górę.
Wieczorem poczułam, jak choroba zaczęła znacznie ustępować. Ostatnimi jej resztkami stał się malutki katar, z którym przede wszystkim dało się żyć. Zniknęły zaczerwienione obszary na nosie. Pod oczami nie rozpościerały się już ciemne, brązowe worki, jakie wcześniej musiałam maskować miejscowym makijażem, by lustro na mój widok nie rozbiło się na milion małych kawałeczków. Właśnie spokojnie siedziałam przy kolacji wraz z Adamem. Po jego porannym pokazie obojętności nie odzywaliśmy się za wiele, aczkolwiek czy ograniczenie zbędnych dyskusji mi w ogóle przeszkadzało? Nie.
Przegryzłam kęs kanapki i odebrałam nagły telefon.
- Halo? ― Resztki jedzenia w ustach stłumiły mi głos, a po chwili czułam jak chleb wręcz staje mi w gardle, gdy rozmówcą okazał się być Andree.
Adam posłał mi zaniepokojone spojrzenie. Nie dziwię się. Na jego miejscu wezwałabym egzorcystę.
- Odette? Super, że odebrałaś. ― Wyczułam uśmiech, mimo że nie mogłam dokładnie zbadać go wzrokiem. ― Nie będę owijał w bawełnę. Dostałem pracę i urządzam małą imprezę z tej okazji u mnie w domu. Dostałbym szału, gdybyś nie przyszła ― rzekł przekonującym, wręcz naciskającym tonem.
- To świetna wiadomość. Co do imprezy...
- Czekaj, skarbie, mam drugi telefon. ― Przełączył się, przez co rozmowa została wstrzymana.
I znikąd odezwał się głos, którego właściciel, jak się okazało, siedział niedaleko z telefonem przy uchu i wpatrywał się we mnie.
- Nie może przyjść, przykro mi.
- Co robisz? Ale ja chcę przyjść! ― Doskoczyłam do niego porywczo, jednak ten zwinnie mnie wyminął i zaczął poruszać się po kuchni, ignorując dwie ręce sięgające do niego z każdej strony. No co za uparty bachor!
- Nie ma mowy, dopiero wyzdrowiała i to nie jest dobry pomysł, żeby przychodziła ― kontynuował rozmowę w telefonie, w ogóle nie zwracając uwagi na wolność moich decyzji. Deptał je wręcz pod swoimi stopami i krążył po pomieszczeniu, dopóki rozmowa nie skończyła się po jego myśli. Potem odłożył telefon jakby nigdy nic i nie rzucił w moją stronę żadnego, nawet najmniejszego spojrzenia, pozostawiając mnie w stanie totalnego osłupienia.
- Dlaczego to zrobiłeś? ― spytałam z wyraźną pretensją.
- Dopiero byłaś chora ― zaczął neutralnym głosem.
- Ty też.
- I Andree to dupek.
Jasne. Od początku wydawał się miły, więc nie miałam zbyt wielu podstaw, by wierzyć blondynowi w tej kwestii.
- Co nie znaczy, że nie mogę się jakoś rozerwać. Przestań. Zgaduję, że ty pójdziesz na tę imprezę?
- To mój kumpel, muszę. Poza tym ty nie masz jutro żadnego kolokwium? ― Podniósł brew, dając mi do zrozumienia, że nie czuł się źle ze swoim postępowaniem i chciał jak najszybciej zmienić tor rozmowy. Faktycznie udało mu się, bo wszelki entuzjazm oraz chęć walki uciekły ze mnie niczym powietrze z balonika. Wycofałam mi się z posępnym wyrazem twarzy z zasięgu kuchni i wzrok nie spoczął więcej na błękitnych oczach.
Przecież i tak tam pójdę.
Wszystko.
A jednak dziwne skrępowanie blokowało mnie teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Zwłaszcza kiedy ledwo ubrana, nieznajoma pani ― ach, przepraszam, Sylvia ― rzuciła się na szyję Adamowi i wyszeptała mu zapewne niezbyt przyzwoite słówka do ucha. Zapiłam wtedy te dziwne uczucie zakłopotania szybkim łykiem kawy, który całkowicie opróżnił kubek, a napój mimo dawki kofeiny nie wydawał się stawiać mnie na nogi.
- Nawet nie pamiętałeś jej imienia, hm? ― spytałam mimochodem, kiedy śpiąca królewna już wdrapała się zgrabnym ruchem po schodach.
Ciężko mi przychodziło to na myśl, naprawdę ciężko, ale Adam chyba nie miał problemu z korzystaniem z pań o niskim poszanowaniu własnego ciała. Wystarczyło, że wypił i miał ochotę się za nią zabrać, co stwierdził zupełnie tak, jakby była to codzienność. Zresztą, mogłam się tego spodziewać po tym, co wyczyniało się na ostatniej imprezie, a ja głupio próbowałam wydrzeć to z pamięci bądź przypisać do tego nieistniejące zalety.
- No nie… ― Podrapał się po głowie z głupkowatym uśmiechem.
- To już koniec wypadów? ― Zaczęłam czyścić kubek z gęstych fusów kawy.
- Znając życie, Andree jeszcze coś wymyśli.
- Ale ty nie musisz się na to zgadzać. ― Na mojej twarzy odmalował się uroczy uśmiech.
- Co innego, gdy chcę ― odpowiedział tym samym, wywołując przy tym moje nieuzasadnione zrezygnowanie. Dlaczego on zapuszczał się coraz bardziej w to, od czego uciekał? W moim wnętrzu wręcz darł się głos, by wyplątać go z tych sideł, zanim będzie za późno, ale tłumiłam go w sobie niczym potwora w klatce. Ostatnie, co chciałam, to narzucać mu swoje własne racje.
- Jasne, rozumiem. ― Nie wiedziałam, jak długo będę w stanie trzymać niezadowolenie pod uśmiechem.
On jednak nie silił się, by to wykryć, i od razu wyjął z szafki leki przeciwbólowe. Podeszłam spokojnym krokiem do telefonu, odblokowałam wyświetlacz, zderzając się ze sporym zaskoczeniem. Nieznajomy numer widniał w świeżo zapisanych kontaktach.
- Adam? ― Skierowałam głowę w jego stronę. ― Wiesz może, czyj to numer? ― Pokazałam mu telefon, który ujął po chwili w dłoń. Ból głowy zapewne spotęgował ostry blask ekranu, przez co blondyn zmrużył oczy, zanim zdołał przeczytać cyfry.
- Andree? ― Jego głos wykazywał mieszanką zdziwienia z niedowierzaniem. ― To kobieciarz, tak tylko mówię. ― Odłożył telefon, kiedy byłam bliska pomyślenia, że usunie mi ten numer. Nie był na tyle głupi.
- Dlaczego Andree miałby chcieć się ze mną skontaktować?
Podstęp?
Adam cicho prychnął i popił tabletki dużym łykiem wody.
- Sam nie wiem. ― Zdecydowanie nie podzielił moich uczuć, a potraktował je tak, jakby były wyssane z palca i niepoparte żadnymi faktami. ― Raczej to nic nie znaczy, wielu dziewczynom tak robi.
- Skąd to wiesz? ― mruknęłam niezbyt przekonana.
- Bo znam go dłużej? ― Uniósł brwi do góry i osaczył mnie oczywistym uśmiechem, przez który poczułam się nieco głupia. ― Radzę zapomnieć. ― Mrugnął niebieskim spojrzeniem i skierował się z powrotem na górę.
Jego rady były przecież tak bogate.
***
Przegryzłam kęs kanapki i odebrałam nagły telefon.
- Halo? ― Resztki jedzenia w ustach stłumiły mi głos, a po chwili czułam jak chleb wręcz staje mi w gardle, gdy rozmówcą okazał się być Andree.
Adam posłał mi zaniepokojone spojrzenie. Nie dziwię się. Na jego miejscu wezwałabym egzorcystę.
- Odette? Super, że odebrałaś. ― Wyczułam uśmiech, mimo że nie mogłam dokładnie zbadać go wzrokiem. ― Nie będę owijał w bawełnę. Dostałem pracę i urządzam małą imprezę z tej okazji u mnie w domu. Dostałbym szału, gdybyś nie przyszła ― rzekł przekonującym, wręcz naciskającym tonem.
- To świetna wiadomość. Co do imprezy...
- Czekaj, skarbie, mam drugi telefon. ― Przełączył się, przez co rozmowa została wstrzymana.
I znikąd odezwał się głos, którego właściciel, jak się okazało, siedział niedaleko z telefonem przy uchu i wpatrywał się we mnie.
- Nie może przyjść, przykro mi.
- Co robisz? Ale ja chcę przyjść! ― Doskoczyłam do niego porywczo, jednak ten zwinnie mnie wyminął i zaczął poruszać się po kuchni, ignorując dwie ręce sięgające do niego z każdej strony. No co za uparty bachor!
- Nie ma mowy, dopiero wyzdrowiała i to nie jest dobry pomysł, żeby przychodziła ― kontynuował rozmowę w telefonie, w ogóle nie zwracając uwagi na wolność moich decyzji. Deptał je wręcz pod swoimi stopami i krążył po pomieszczeniu, dopóki rozmowa nie skończyła się po jego myśli. Potem odłożył telefon jakby nigdy nic i nie rzucił w moją stronę żadnego, nawet najmniejszego spojrzenia, pozostawiając mnie w stanie totalnego osłupienia.
- Dlaczego to zrobiłeś? ― spytałam z wyraźną pretensją.
- Dopiero byłaś chora ― zaczął neutralnym głosem.
- Ty też.
- I Andree to dupek.
Jasne. Od początku wydawał się miły, więc nie miałam zbyt wielu podstaw, by wierzyć blondynowi w tej kwestii.
- Co nie znaczy, że nie mogę się jakoś rozerwać. Przestań. Zgaduję, że ty pójdziesz na tę imprezę?
- To mój kumpel, muszę. Poza tym ty nie masz jutro żadnego kolokwium? ― Podniósł brew, dając mi do zrozumienia, że nie czuł się źle ze swoim postępowaniem i chciał jak najszybciej zmienić tor rozmowy. Faktycznie udało mu się, bo wszelki entuzjazm oraz chęć walki uciekły ze mnie niczym powietrze z balonika. Wycofałam mi się z posępnym wyrazem twarzy z zasięgu kuchni i wzrok nie spoczął więcej na błękitnych oczach.
Przecież i tak tam pójdę.
[Adam? Robienie blondynkowi na złość czas start]
18 lis 2018
Od Odette C.D Adam
Nic nie dawało mi prawa do oceniania Adama. Nawet przez pryzmat przeszłości, na którą mogło składać się tak wiele czynników. Naturalnie dostrzegałam w nim aż zbyt dużo dobra, by teraz przykleić mu naklejkę imprezowicza i ćpuna na czoło. Gdy tego samego dnia zniknął z domu, pozostawiając mnie na tej ogromnej posesji wyłącznie z psem, nie zastanawiałam się nawet. Wrócił do niego stary przyjaciel ― chciał nadrobić z nim stracone lata. Nic w tym dziwnego. Skorzystałam więc z wolnego czasu, choć miałam go mnóstwo, i pouczyłam się na nadchodzące kolokwium tuż przy puszystym boku sporego psa, który zaślinił mi parę świeżych notatek. Notatki z czasem odsunęły się ode mnie kompletnie przypadkowo, przybliżając równocześnie ku losowym programom w telewizji. Położyłam nogi na kanapie, przykryłam całe ciało kocem, by całkowicie oddać się serialowi ― a raczej chłonącemu mnie bez reszty zmęczeniu, które sprawiło, że w końcu straciłam świadomość.
Głośne trzaśnięcie drzwiami. Głuche obijanie się o ściany i te dziwne dźwięki, których jeszcze nie potrafiłam z niczym skojarzyć ― wszystko to odebrało mi sen w środku nocy. Poderwałam się z łóżka, chyba w głębi uświadamiając sobie, że właśnie zastałam Adama. By jednak zyskać pewność, powiodłam na palcach w kierunku korytarza, gdzie dyskretne dotąd dźwięki zaczęły nabierać coraz większej siły. Odszukałam włącznik do światła, błądząc po gładkiej ścianie, usłyszałam pstryk i przeżyłam krótki szok. Adam, niezwracający nawet uwagi na to, że wszystko obserwuję, wpijał się w szyję jakiejś kobiety i niecierpliwie próbował pozbyć się jej ubrań. Skupiony wyłącznie na swojej przyjemności mężczyzna nawet nie sprawiał wrażenia, że kiedykolwiek się odwróci.
To chyba ostatnie, co spodziewałam się ujrzeć.
Cofnęłam się parę kroków do tyłu ― najciszej, jak tylko umiałam, decydując się nie przeszkadzać. Gdzieś z tyłu głowy głos wyszeptał mi, że nie chciałam tego zobaczyć. Że powinnam coś zrobić. Że Adam tym razem posunął się za daleko, choć ― patrząc na to moim okiem ― miał do tego nienaruszone prawo. Prawo, na które przede wszystkim nie miałam żadnego wpływu. Z tymi myślami, z lekka już uspokojona, powróciłam na kanapę. Jęki, głośne stęknięcia i skrzypienia materaca na górze stały się bowiem tak nieznośne, że musiałam podgłosić telewizor. Pieprzył się z jakąś kobietą po pijanemu. Powtarzałam sobie te wnioski w głowie, próbując wmówić sobie, że mnie to nie rusza. Ruszało, i to jeszcze przez następne paręnaście minut, przy których dźwięki nie zanikały w ścianach ogromnej posesji. Wywoływały we mnie swego rodzaju obrzydzenie. Krzywiłam się na samą myśl, że to może tak długo trwać…
Zbudziłam się dopiero około dziesiątej rano. Przez zasłony salonu przemknął blady świt wpadający mi do oczu, który jednocześnie sugerował bezchmurne, szare niebo. Jesienne wichury witały mnie ostatnio jako pierwsze i pozwalały zapomnieć o wysokim słońcu czy pełnym kłębów chmur niebie. Dźwignęłam się leniwie z łóżka, próbując zabrać za sobą resztki wymierających sił ― choroba ciągle postępowała.
Ktoś śmignął za niezasłoniętym oknem, zanim zdążyłam dobrnąć do kuchni. Stukot zaczął rozdzierać tę błogą ciszę, przez co szybko pobiegłam ku drzwiom, byleby tylko ukrócić ten dźwięk. Wycierając nos chusteczką, uchyliłam wejście, pozostawiając w nim niedużą szparę.
- Odette, prawda? Otwórz mi, nie jestem groźny. ― Andree zaśmiał się dźwięcznie. Jak na imprezowicza, wstał zaskakująco wcześnie, jak i nie wykazywał żadnych oznak kaca, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka.
Od razu przyszło mi na myśl, że odesłanie z kwitkiem kumpla Adama źle się skończy, więc ze sporą dozą wahania rozchyliłam drzwi.
- Dobra dziewczynka! ― Wbił do wnętrza dosyć gwałtownym ruchem i zatarł ręce. ― No, to gdzie Adam? Coś poszło nie tak? Bo wrócił chyba wcześniej niż ja…
Mój wzrok wyrażał standardowo wszystko, co sobie myślałam, zatem były to słowa „zaraz się dowiesz, jak bardzo coś poszło nie tak”, a z podkrążonymi oczami mogłam tylko wyobrażać sobie, jak strasznie wyglądałam.
- Adam wrócił wczoraj wcześniej ― potwierdziłam, a na moją twarz wkradł się zażenowany uśmiech, którego Andree chyba niezbyt pojął, co sugerowała jego późniejsza odpowiedź. ― Ale nie wrócił sam.
- Wyrwał jakąś panienkę? No, nie utracił tego ducha sprzed paru lat… ― Zagryzł wargę w ekscytacji.
Cholera, jak na złość teraz zjawił się przed oczami ten cholerny, nic nieznaczący pocałunek. Bo nic nie znaczył. Jednak kobiety już tak mają, że gdy zauważają, jak kolejna zaciera ślady jej warg na ustach tego samego mężczyzny, zaczynają czuć dziwny uścisk.
- Wyrwał. ― Skryłam piekące policzki w półcieniu. ― Wziął ją już nawet w obroty. ― Na te słowa Andree roześmiał się wesoło i wkroczył za mną do przestronnej kuchni. Automatycznie zaczęłam przygotowywać dwie poranne kawy.
- Co za wariat. ― Westchnął nostalgicznie i oparł się o blat kuchenny, przy którym się bezustannie krzątałam.
- Taaak… ― Wydałam niezbyt radosny śmiech.
Czy podobało mi się zachowanie Adama? Nie. Bez przerwy bałam się, że pozorny dzień czy dwa czystej, szczeniackiej wręcz rozpusty wtopią się w jego codzienną rutynę i zwyczajnie zniszczą mu dotychczasowe życie, które sobie zbudował. A gdy mój niepokój się odzywa, to znak, że będzie źle.
- Poproszę dwie łyżeczki cukru. ― Chwycił za kubek, a ja bez wahania osłodziłam mu gorący napój. ― W sumie wiesz co? O tobie też coś wspominał na imprezie.
- Co takiego?
I w tym momencie na dół zszedł powolnym krokiem blondyn. Drapał się po roztrzepanych włosach, jeszcze dając poznać po sobie lekkie upojenie. Przyłapałam się na tym, że odwróciłam z konsternacją wzrok.
- Panienka na górze śpi? ― Andree nie silił się nawet na to, by zachować temat naszej rozmowy w większej dyskrecji.
Adam uśmiechnął się głupkowato, poprawiając pomiętą koszulkę.
- Śpi jak zabita.
- Jesteś pewien, że jej nie zabiłeś? ― Szturchnął go dziarsko, rozbawiony niczym najlepszym żartem.
Zaraz zwymiotuję powietrzem.
- Tak, jestem pewien. ― Głośno prychnął. ― Hej, Odette. Możesz mi też zrobić kawy, proszę.
Skinęłam głową bez żadnej odpowiedzi. Dopiero po chwili wzięłam przykład z Andree, a dokładniej z jego braku taktu i spytałam:
- Podobno mówiłeś coś o mnie na imprezie. Co to było takiego? ― Uniosłam brwi, zalewając mu kawę i przy okazji starając się całkowicie wyzbyć niewygodnych myśli o tym, co robi ze swoim życiem.
Głośne trzaśnięcie drzwiami. Głuche obijanie się o ściany i te dziwne dźwięki, których jeszcze nie potrafiłam z niczym skojarzyć ― wszystko to odebrało mi sen w środku nocy. Poderwałam się z łóżka, chyba w głębi uświadamiając sobie, że właśnie zastałam Adama. By jednak zyskać pewność, powiodłam na palcach w kierunku korytarza, gdzie dyskretne dotąd dźwięki zaczęły nabierać coraz większej siły. Odszukałam włącznik do światła, błądząc po gładkiej ścianie, usłyszałam pstryk i przeżyłam krótki szok. Adam, niezwracający nawet uwagi na to, że wszystko obserwuję, wpijał się w szyję jakiejś kobiety i niecierpliwie próbował pozbyć się jej ubrań. Skupiony wyłącznie na swojej przyjemności mężczyzna nawet nie sprawiał wrażenia, że kiedykolwiek się odwróci.
To chyba ostatnie, co spodziewałam się ujrzeć.
Cofnęłam się parę kroków do tyłu ― najciszej, jak tylko umiałam, decydując się nie przeszkadzać. Gdzieś z tyłu głowy głos wyszeptał mi, że nie chciałam tego zobaczyć. Że powinnam coś zrobić. Że Adam tym razem posunął się za daleko, choć ― patrząc na to moim okiem ― miał do tego nienaruszone prawo. Prawo, na które przede wszystkim nie miałam żadnego wpływu. Z tymi myślami, z lekka już uspokojona, powróciłam na kanapę. Jęki, głośne stęknięcia i skrzypienia materaca na górze stały się bowiem tak nieznośne, że musiałam podgłosić telewizor. Pieprzył się z jakąś kobietą po pijanemu. Powtarzałam sobie te wnioski w głowie, próbując wmówić sobie, że mnie to nie rusza. Ruszało, i to jeszcze przez następne paręnaście minut, przy których dźwięki nie zanikały w ścianach ogromnej posesji. Wywoływały we mnie swego rodzaju obrzydzenie. Krzywiłam się na samą myśl, że to może tak długo trwać…
***
Ktoś śmignął za niezasłoniętym oknem, zanim zdążyłam dobrnąć do kuchni. Stukot zaczął rozdzierać tę błogą ciszę, przez co szybko pobiegłam ku drzwiom, byleby tylko ukrócić ten dźwięk. Wycierając nos chusteczką, uchyliłam wejście, pozostawiając w nim niedużą szparę.
- Odette, prawda? Otwórz mi, nie jestem groźny. ― Andree zaśmiał się dźwięcznie. Jak na imprezowicza, wstał zaskakująco wcześnie, jak i nie wykazywał żadnych oznak kaca, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka.
Od razu przyszło mi na myśl, że odesłanie z kwitkiem kumpla Adama źle się skończy, więc ze sporą dozą wahania rozchyliłam drzwi.
- Dobra dziewczynka! ― Wbił do wnętrza dosyć gwałtownym ruchem i zatarł ręce. ― No, to gdzie Adam? Coś poszło nie tak? Bo wrócił chyba wcześniej niż ja…
Mój wzrok wyrażał standardowo wszystko, co sobie myślałam, zatem były to słowa „zaraz się dowiesz, jak bardzo coś poszło nie tak”, a z podkrążonymi oczami mogłam tylko wyobrażać sobie, jak strasznie wyglądałam.
- Adam wrócił wczoraj wcześniej ― potwierdziłam, a na moją twarz wkradł się zażenowany uśmiech, którego Andree chyba niezbyt pojął, co sugerowała jego późniejsza odpowiedź. ― Ale nie wrócił sam.
- Wyrwał jakąś panienkę? No, nie utracił tego ducha sprzed paru lat… ― Zagryzł wargę w ekscytacji.
Cholera, jak na złość teraz zjawił się przed oczami ten cholerny, nic nieznaczący pocałunek. Bo nic nie znaczył. Jednak kobiety już tak mają, że gdy zauważają, jak kolejna zaciera ślady jej warg na ustach tego samego mężczyzny, zaczynają czuć dziwny uścisk.
- Wyrwał. ― Skryłam piekące policzki w półcieniu. ― Wziął ją już nawet w obroty. ― Na te słowa Andree roześmiał się wesoło i wkroczył za mną do przestronnej kuchni. Automatycznie zaczęłam przygotowywać dwie poranne kawy.
- Co za wariat. ― Westchnął nostalgicznie i oparł się o blat kuchenny, przy którym się bezustannie krzątałam.
- Taaak… ― Wydałam niezbyt radosny śmiech.
Czy podobało mi się zachowanie Adama? Nie. Bez przerwy bałam się, że pozorny dzień czy dwa czystej, szczeniackiej wręcz rozpusty wtopią się w jego codzienną rutynę i zwyczajnie zniszczą mu dotychczasowe życie, które sobie zbudował. A gdy mój niepokój się odzywa, to znak, że będzie źle.
- Poproszę dwie łyżeczki cukru. ― Chwycił za kubek, a ja bez wahania osłodziłam mu gorący napój. ― W sumie wiesz co? O tobie też coś wspominał na imprezie.
- Co takiego?
I w tym momencie na dół zszedł powolnym krokiem blondyn. Drapał się po roztrzepanych włosach, jeszcze dając poznać po sobie lekkie upojenie. Przyłapałam się na tym, że odwróciłam z konsternacją wzrok.
- Panienka na górze śpi? ― Andree nie silił się nawet na to, by zachować temat naszej rozmowy w większej dyskrecji.
Adam uśmiechnął się głupkowato, poprawiając pomiętą koszulkę.
- Śpi jak zabita.
- Jesteś pewien, że jej nie zabiłeś? ― Szturchnął go dziarsko, rozbawiony niczym najlepszym żartem.
Zaraz zwymiotuję powietrzem.
- Tak, jestem pewien. ― Głośno prychnął. ― Hej, Odette. Możesz mi też zrobić kawy, proszę.
Skinęłam głową bez żadnej odpowiedzi. Dopiero po chwili wzięłam przykład z Andree, a dokładniej z jego braku taktu i spytałam:
- Podobno mówiłeś coś o mnie na imprezie. Co to było takiego? ― Uniosłam brwi, zalewając mu kawę i przy okazji starając się całkowicie wyzbyć niewygodnych myśli o tym, co robi ze swoim życiem.
[Adam ty głąbie?]
11 lis 2018
Od Odette C.D Adam
Z łóżka zostałam zwleczona w najgorszy i najbrutalniejszy sposób, jaki świat mógł ujrzeć. Kołdra sama jakby zerwała się z mojego ciała, czyniąc je wyjątkowo podatne na zimno, a głos, który się odezwał, bez litości podrażnił nadal pulsującą bólem głowę. Rozglądałam się w konsternacji dookoła, nie czując nawet zapachu standardowej zupy na przeziębienie, która przemknęła mi chwilowo na niezbyt ostrym polu widzenia.
- Coś się stało? ― wymruczałam ledwo.
Czy ja nadal jestem ledwo przytomna?
Jedyna myśl, jaka krzątała mi się w umyśle, to ta starająca się przegonić ten paskudny, blokujący stan.
- Rosół. Nic nie jadłaś dzisiaj, więc pomyślałem, że na pewno z chęcią zjadłabyś coś ciepłego. Rosół akurat według mojej mamy jest najlepszym lekarstwem na przeziębienie. Ponadto sam go robiłem i smakuje zajebiście ― zaśmiałem się nieskromnie. Nim zdążyłam chociaż przetworzyć to, co właśnie powiedział, ujrzałam, jak jego ręka odgarnia mi niesforne kosmyki włosów z twarzy.
Rób tak dalej, a skończę z całkowicie czerwoną twarzą.
Adam mnie peszył.
Gdyby był maszyną do zawstydzania, sprawdzałby się aż zbyt skutecznie.
- Dziękuję. ― Chwytając za łyżkę, podniosłam na niego swój przenikliwy wzrok. ― A ty jadłeś?
- Nie martw się, ja degustowałem. ― Rzucił uśmiechem, który poszerzył się natychmiast, gdy pierwsza łyżka zupy zagrzała mój żołądek. Wiedziałam, że czekał na opinię od fachowca.
- Czuję, że szybko postawi mnie na nogi.
- Oby.
- Wiem, wyglądam strasznie, a czuję się nawet tak samo źle. ― Z nieśmiałym chichotem godnym skrzata poprawiłam chociaż pobieżnie potargane od snu włosy. Tym samym udało mi się pochwycić jasne spojrzenie Adama, dochodząc do wniosku, że nie spuszcza go od dłuższego czasu. Delikatny uśmiech wykrzywił jego wargi.
- Przeciwnie. Nadal wyglądasz pięknie. ― Przez głos nie przeszła mu nawet nuta zawahania. Mężczyzna w okamgnieniu przypomniał mi o nieodległym wieczorze, w którym zbliżyliśmy się do tego stopnia, że nasze wargi odnalazły drogę do siebie.
Powinnam uważać to za nic takiego?
Powinnam zacząć zastanawiać się nad tym, czy było to właściwe?
- Dz-dziękuję. ― Schowałam wzrok, czując, jak na moją twarz wpływa już lekka czerwień. ― To ja… zjem ten rosół. Zapowiada się dobrze ― mruknęłam. Chyba gorzej nie mogłam zabrzmieć…
- Jasne. ― Wypuścił z ust spokojne westchnienie. ― Ja zmienię sobie opatrunki. ― Otarł zmęczone, zsiniałe od choroby oczy i opuścił wkrótce pokój, pozostawiając mnie z moim zawstydzeniem.
Na dół zeszłam dopiero po około dwóch godzinach. Na ich przestrzeni choć w połowie uporałam się z notatkami potrzebnymi na studia, próbując odtworzyć te sprzed pożaru. Wciąż jednak odnosiłam wrażenie, że widziałam w nich ogromne braki, przez co wyszłam z pokoju z wyjątkowym rozdrażnieniem. Na dole, w kuchni, do moich uszu doszedł nowy, nieznajomy głos, który mógł należeć do rozmówcy, z którym blondyn konwersował jeszcze niedawno przez telefon. Wtedy to zignorowałam, sądząc, że to zupełnie nie moja sprawa.
Bo nie moja.
Zeszłam powoli po schodach, zaciskając przy tym pasek szlafroka. Spokojnym krokiem wkroczyłam do obszernego pomieszczenia i dostrzegłam w końcu dwie sylwetki siedzące przy stole. Zaniosłam do zlewu pustą miskę po rosole oraz odkręciłam wodę, tym samym ściągając na siebie ich uwagę.
- Wow, Adam… ale nie mówiłeś, że masz tak urodziwą dziewczynę w rodzinie. O ile to rodzina ― odezwał się tamten mężczyzna, o którym już na wstępie wyrobiłam sobie niezbyt dobre zdanie. Co jak co, ale nikt bezpośrednio mnie tak w życiu nie potraktował.
Blondyn na jego słowa odwrócił się gwałtownie w moim kierunku.
- To Odette, tymczasowo tu mieszka. ― Wzrok Adama stał się wręcz przepraszający.
- A ty to…? ― Próbowałam podsunąć mu pomysł, że nieznajomy powinien się przedstawić.
- Gdzie moje maniery ― mruknął z leciutkim uśmiechem. ― Jestem Andree. Kumpel ze studiów Adama, trochę razem przeszliśmy. ― Zaśmiał się przy tych słowach ochryple i śledził mnie spojrzeniem, gdy po zmyciu naczynia zajęłam jedno z wielu miejsc przy stole.
- I postanowiliście nagle odnowić kontakt? To chyba dobrze. ― Obdarowałam dwójkę przyjaznym uśmiechem, jednak Adam dalej intrygował mnie tym dziwnym spojrzeniem, jakim zerkał na Andree. Niby z lekka stęskniony, wspominający dawnego kumpla, ale nieoczekiwanie mógł ukryć więcej, niż się tego spodziewałam.
Może lekko dramatyzuję?
- To zajebiście, skoro miałem taką okazję! Wprowadziłem się parę domów dalej, więc będziemy mogli nieźle imprezować jak za dawnych czasów ― powiedział do Adama z szerokim uśmiechem.
- A co z resztą ekipy? Noah, Aiden, Scott, Luke?
- Ściągniemy ich! Stary, musimy jakoś uczcić to, że się wprowadziłem. ― Przez cały czas przysłuchiwałam się tej rozmowie bez większych wniosków. Pomyślałam tylko, że Adam powinien nieco oderwać się od pracy i odpocząć, ale wiadomo, że takie postępowanie musi posiadać mocno zarysowaną granicę.
- Aktualnie jestem chory, gdybyś tego nie zauważył ― mruknął rozbawiony Adam, jednak jego worki pod oczami nie sugerowały żadnej radości.
Coraz bardziej, z każdą kolejną chwilą moja ciekawość wobec przeszłości mojego pracodawcy niekontrolowanie rosła.
- Nie wyglądasz źle… może trochę. Dzisiaj zadzwonię do kumpli i może zgodzą się przyjechać na trochę. Idziemy na zewnątrz? ― Andree wstał z miejsca, to samo Adam.
- Na moment, bo nie chcę się bardziej przeziębić ― dodał jedynie i razem poszli w kierunku wyjścia.
Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, zaczęłam doprowadzać kuchnie do porządku. Starłam umiejętnie blaty, przywracając ich dawny blask, i zaczęłam układać wymyte sztućce na swoje miejsce. Z głowy wypadło mi jednak miejsce na talerze, a że przeszukiwania tej wielkiej kuchni nie przynosiły oczekiwanych rezultatów, to musiałam wyjść na zewnątrz. Naciągnęłam kaptur szlafroka na głowę, wyszłam na chłód oraz wzrokiem odnalazłam Adama, który nadal rozmawiał ze swoim kumplem. Moją uwagę przyciągnął jednak dym wydobywający się zza ich odwróconych sylwetek. Biały, może poszarzały, noszony przez silniej zrywający się wiatr.
Dowiaduję się coraz nowych rzeczy…
Nie troszczyłam się nawet o fakt, że przerwę ich rozmowę, która prawdopodobnie dotyczyła przeszłości, jaka stała się dla mnie wyjątkowo ciekawa.
- Adam, ty palisz? ― Zamiast zapytać o miejsce na talerze, kompletnie o nich zapomniałam, osłupiona tym, co ujrzałam. Pominąć fakt, że był chory, a nocą kaszlał gorzej niż nałogowy palacz. Miałam ochotę wyrwać mu to śmierdzące, bezużyteczne coś z rąk.
- Coś się stało? ― wymruczałam ledwo.
Czy ja nadal jestem ledwo przytomna?
Jedyna myśl, jaka krzątała mi się w umyśle, to ta starająca się przegonić ten paskudny, blokujący stan.
- Rosół. Nic nie jadłaś dzisiaj, więc pomyślałem, że na pewno z chęcią zjadłabyś coś ciepłego. Rosół akurat według mojej mamy jest najlepszym lekarstwem na przeziębienie. Ponadto sam go robiłem i smakuje zajebiście ― zaśmiałem się nieskromnie. Nim zdążyłam chociaż przetworzyć to, co właśnie powiedział, ujrzałam, jak jego ręka odgarnia mi niesforne kosmyki włosów z twarzy.
Rób tak dalej, a skończę z całkowicie czerwoną twarzą.
Adam mnie peszył.
Gdyby był maszyną do zawstydzania, sprawdzałby się aż zbyt skutecznie.
- Dziękuję. ― Chwytając za łyżkę, podniosłam na niego swój przenikliwy wzrok. ― A ty jadłeś?
- Nie martw się, ja degustowałem. ― Rzucił uśmiechem, który poszerzył się natychmiast, gdy pierwsza łyżka zupy zagrzała mój żołądek. Wiedziałam, że czekał na opinię od fachowca.
- Czuję, że szybko postawi mnie na nogi.
- Oby.
- Wiem, wyglądam strasznie, a czuję się nawet tak samo źle. ― Z nieśmiałym chichotem godnym skrzata poprawiłam chociaż pobieżnie potargane od snu włosy. Tym samym udało mi się pochwycić jasne spojrzenie Adama, dochodząc do wniosku, że nie spuszcza go od dłuższego czasu. Delikatny uśmiech wykrzywił jego wargi.
- Przeciwnie. Nadal wyglądasz pięknie. ― Przez głos nie przeszła mu nawet nuta zawahania. Mężczyzna w okamgnieniu przypomniał mi o nieodległym wieczorze, w którym zbliżyliśmy się do tego stopnia, że nasze wargi odnalazły drogę do siebie.
Powinnam uważać to za nic takiego?
Powinnam zacząć zastanawiać się nad tym, czy było to właściwe?
- Dz-dziękuję. ― Schowałam wzrok, czując, jak na moją twarz wpływa już lekka czerwień. ― To ja… zjem ten rosół. Zapowiada się dobrze ― mruknęłam. Chyba gorzej nie mogłam zabrzmieć…
- Jasne. ― Wypuścił z ust spokojne westchnienie. ― Ja zmienię sobie opatrunki. ― Otarł zmęczone, zsiniałe od choroby oczy i opuścił wkrótce pokój, pozostawiając mnie z moim zawstydzeniem.
***
Na dół zeszłam dopiero po około dwóch godzinach. Na ich przestrzeni choć w połowie uporałam się z notatkami potrzebnymi na studia, próbując odtworzyć te sprzed pożaru. Wciąż jednak odnosiłam wrażenie, że widziałam w nich ogromne braki, przez co wyszłam z pokoju z wyjątkowym rozdrażnieniem. Na dole, w kuchni, do moich uszu doszedł nowy, nieznajomy głos, który mógł należeć do rozmówcy, z którym blondyn konwersował jeszcze niedawno przez telefon. Wtedy to zignorowałam, sądząc, że to zupełnie nie moja sprawa.
Bo nie moja.
Zeszłam powoli po schodach, zaciskając przy tym pasek szlafroka. Spokojnym krokiem wkroczyłam do obszernego pomieszczenia i dostrzegłam w końcu dwie sylwetki siedzące przy stole. Zaniosłam do zlewu pustą miskę po rosole oraz odkręciłam wodę, tym samym ściągając na siebie ich uwagę.
- Wow, Adam… ale nie mówiłeś, że masz tak urodziwą dziewczynę w rodzinie. O ile to rodzina ― odezwał się tamten mężczyzna, o którym już na wstępie wyrobiłam sobie niezbyt dobre zdanie. Co jak co, ale nikt bezpośrednio mnie tak w życiu nie potraktował.
Blondyn na jego słowa odwrócił się gwałtownie w moim kierunku.
- To Odette, tymczasowo tu mieszka. ― Wzrok Adama stał się wręcz przepraszający.
- A ty to…? ― Próbowałam podsunąć mu pomysł, że nieznajomy powinien się przedstawić.
- Gdzie moje maniery ― mruknął z leciutkim uśmiechem. ― Jestem Andree. Kumpel ze studiów Adama, trochę razem przeszliśmy. ― Zaśmiał się przy tych słowach ochryple i śledził mnie spojrzeniem, gdy po zmyciu naczynia zajęłam jedno z wielu miejsc przy stole.
- I postanowiliście nagle odnowić kontakt? To chyba dobrze. ― Obdarowałam dwójkę przyjaznym uśmiechem, jednak Adam dalej intrygował mnie tym dziwnym spojrzeniem, jakim zerkał na Andree. Niby z lekka stęskniony, wspominający dawnego kumpla, ale nieoczekiwanie mógł ukryć więcej, niż się tego spodziewałam.
Może lekko dramatyzuję?
- To zajebiście, skoro miałem taką okazję! Wprowadziłem się parę domów dalej, więc będziemy mogli nieźle imprezować jak za dawnych czasów ― powiedział do Adama z szerokim uśmiechem.
- A co z resztą ekipy? Noah, Aiden, Scott, Luke?
- Ściągniemy ich! Stary, musimy jakoś uczcić to, że się wprowadziłem. ― Przez cały czas przysłuchiwałam się tej rozmowie bez większych wniosków. Pomyślałam tylko, że Adam powinien nieco oderwać się od pracy i odpocząć, ale wiadomo, że takie postępowanie musi posiadać mocno zarysowaną granicę.
- Aktualnie jestem chory, gdybyś tego nie zauważył ― mruknął rozbawiony Adam, jednak jego worki pod oczami nie sugerowały żadnej radości.
Coraz bardziej, z każdą kolejną chwilą moja ciekawość wobec przeszłości mojego pracodawcy niekontrolowanie rosła.
- Nie wyglądasz źle… może trochę. Dzisiaj zadzwonię do kumpli i może zgodzą się przyjechać na trochę. Idziemy na zewnątrz? ― Andree wstał z miejsca, to samo Adam.
- Na moment, bo nie chcę się bardziej przeziębić ― dodał jedynie i razem poszli w kierunku wyjścia.
Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, zaczęłam doprowadzać kuchnie do porządku. Starłam umiejętnie blaty, przywracając ich dawny blask, i zaczęłam układać wymyte sztućce na swoje miejsce. Z głowy wypadło mi jednak miejsce na talerze, a że przeszukiwania tej wielkiej kuchni nie przynosiły oczekiwanych rezultatów, to musiałam wyjść na zewnątrz. Naciągnęłam kaptur szlafroka na głowę, wyszłam na chłód oraz wzrokiem odnalazłam Adama, który nadal rozmawiał ze swoim kumplem. Moją uwagę przyciągnął jednak dym wydobywający się zza ich odwróconych sylwetek. Biały, może poszarzały, noszony przez silniej zrywający się wiatr.
Dowiaduję się coraz nowych rzeczy…
Nie troszczyłam się nawet o fakt, że przerwę ich rozmowę, która prawdopodobnie dotyczyła przeszłości, jaka stała się dla mnie wyjątkowo ciekawa.
- Adam, ty palisz? ― Zamiast zapytać o miejsce na talerze, kompletnie o nich zapomniałam, osłupiona tym, co ujrzałam. Pominąć fakt, że był chory, a nocą kaszlał gorzej niż nałogowy palacz. Miałam ochotę wyrwać mu to śmierdzące, bezużyteczne coś z rąk.
[Adam ty hultaju?]
29 paź 2018
Od Odette C.D Adam
Wszystkie myśli i całe zastanowienie właśnie spływały ze mnie wraz z naprawdę lodowatą, przyprawiającą o szok termiczny wodą. Kompletnie mokre włosy zasłaniały mi pole widzenia, gdzieś między kosmykami nadal przesączało się mnóstwo kropel, jeśli nie cały ich strumień.
Być złą, czy nie być ― oto jest pytanie. Musiałam przyznać, że zaczynałam coraz bardziej przekonywać się do pierwszej alternatywy.
- To nie to, czego się spodziewałam... ― Na chwilę w niepamięć rzucił się temat naszej rozmowy, który na pewno nie mógł zostać teraz kontynuowany. Być może trójka tych łobuzów miała obrazować los, który za wszelką cenę broni nas przed wejściem na cienki, bardzo cienki lód. Ubiegłej nocy jedną stopą już na nim stałam.
- Nikt się tego nie spodziewał. ― Adam, nie próżnując, objął mnie ramieniem i zaciągnął do wnętrza domu. Szczęka drżała mi od zimna, podobnie jak blondynowi, który zapewne musiał poczuć chwilową ulgę od ciągłego pieczenia oparzeń.
- Masz już trochę swoich ubrań? ― Zwolnił moje ciało z subtelnego uścisku i spojrzał oczekująco, a ja w odpowiedzi tylko skinęłam głową. ― Weźmiemy ręczniki i trochę ubrań. Przeklęte dzieciaki... ― Ruszył w górę schodami, dopiero po chwili pozwalając mi dostrzec na twarzy ślad bladego uśmiechu. Nie mógł długo gniewać się na dzieciaki, ale też najwyraźniej nie popierał tego wybryku.
Po dwóch kwadransach można by uznać, że przywróciliśmy się do względnego porządku. Z herbatą przyjemnie rozgrzewającą moje dłonie zajęłam miejsce na kanapie. Chłód, jeszcze co jakiś miotający moim ciałem, powoli gasł, niszczony ciepłem pomieszczenia. Młodzi chuligani z pewnością nie łapali swojego błędu, gdyż za każdym razem, gdy wraz z Adamem wchodziłam im w drogę, to uciekali za najbliższy próg i to tam starali się dyskretnie stłumić chichot.
Ciekawe jakie ja miałam zabawy w ich wieku…
Na pewno nie bawiłam się w jesienny ice bucket challenge.
Nazajutrz, po nocy kichania i zatkanego nosa, moje mięśnie ogarnęło okropne otępienie, które nie pomagało ani trochę podnieść się z łóżka, a wręcz do niego przykuwało. Chcąc wziąć głębszy haust powietrza, jego przepływ został pohamowany, przez co musiałam szybko otworzyć usta, by się dotlenić. Cudem jednak dźwignęłam się na nogi. Nieprzyjemny, ćmiący ból głowy zaatakował mnie od każdej strony.
Zachorowałam. I nie było to niczym dziwnym po wiadrze lodowatej wody pośród jesiennego podmuchu, sprzątającego wszystkie zagrabione liście z powierzchni ziemi. Obserwowałam je właśnie z okna, opadające powoli z wciąż kolorowych koron drzew. Na nogi włożyłam ― nie ukrywam, że po ostrej przecenie ― ciapy po mieszkaniu, mając na uwadze to, jak mało środków na karcie mi pozostało. Będę musiała jeszcze bardziej przyłożyć się do pracy u Lancasterów.
W towarzystwie porannej ciszy zadzwoniłam do Jamie, z którą wczoraj umówiłam się na spotkanie. Jej głos dotarł do moich uszu po zaledwie jednym sygnale.
- Jamie, muszę przełożyć ― apsik ― spotkanie.
- Co się stało?
- Jestem chora… odrobinkę się przeziębiłam. ― Chrypa chyba kompletnie odebrała mi barwę głosu i doszło do mnie, że określenie „odrobinkę” w ogóle tu nie pasowało.
- Dobrze, rozumiem, zdrowiej, kochana.
- Dzięki. ― Nie powstrzymałam szerokiego uśmiechu, jaki przeciął mi twarz. Po krótkim pożegnaniu zakończyłam połączenie.
Na ramiona narzuciłam miękki, szary szlafrok, w którym wyszłam umyć zęby i przynajmniej częściowo ogarnąć kołtuny blond włosów. Było podejrzanie cicho ― mimo godziny ósmej, dwa piętra przeniknęła nieopisana cisza, zakłócana tylko stłumionymi odgłosami telewizji dobiegającej z dołu. Powędrowałam na palcach za źródłem dźwięku, jakby przekonana, że jednak większość domu pogrążona jest jeszcze we śnie.
„Jack, nie możesz mnie zostawić, kocham cię, a ty złamałeś mi serce, palancie!”
I para egzystująca na ekranie telewizyjnym właśnie rzuciła się sobie do ust. Zanim w całości wkroczyłam do salonu, zupełnie skonfundowana wpatrywałam się w te żałosne, nijak mające się do rzeczywistości romansidło.
- Odette? ― Z transu wybudził mnie głos Adama, sprawiając, że od razu podskoczyłam w miejscu. Dopiero zauważyłam jego głowę wysuwającą się zza oparcia kanapy, przeżywając dzięki temu całkiem niezły szok.
- Nie wiedziałam, że oglądasz takie rzeczy. ― Zacisnęłam pasek szlafroka w talii. Znów kichnęłam, w odpowiedniej chwili zakrywając usta oraz nos chusteczką. ― Ojej, czuję się tragicznie…
- Akurat leciało… ― odparł z odrobiną niepewności i zrobił mi miejsce na kanapie. ― Ty też chorujesz? Dzieciaki urządziły nas porządnie. ― Rozbrzmiał jego niewyraźny śmiech, w który wdarła się chrypa. Dopiero, gdy usiadłam obok niego, wspomagając się bladym blaskiem telewizora, byłam w stanie ujrzeć bordowe worki pod jego oczami.
Na zewnątrz, jak na późny ranek, było stosunkowo ciemno. Niebo niczym płyta szarości hamowała wszelkie promienie słoneczne, a wichura w kłębach mgieł niosła prawdziwą jesienną depresję, na szczęście oddzieloną od nas murami domu.
Nieoświetlony pokój również nie polepszał widoczności.
- Jestem pewna, że to nie to było ich zamiarem.
- Po nich wszystkiego można się spodziewać. ― Adam zwrócił się już w kierunku telewizora, zahaczając nogi na stolik. Nie zastanawiając się zbyt długo, założyłam nogę na nogę oraz ułożyłam głowę na jego ramieniu najdelikatniej, jak potrafiłam. Mogłam usłyszeć cichy, miarowy oddech, przy którym unosiła się oraz opadała męska klatka piersiowa.
W ciszy oglądaliśmy nudny, nic nie wnoszący romans, ziewając co chwila.
- Skoro miłość jest piękna, to dlaczego ta kobieta jest nieszczęśliwa? ― szepnęłam, chyba ogarnięta w małym stopniu sennością. Dzielnie jednak śledziłam wydarzenia z ekranu, które wprowadzały mnie w stan dziwnego zastanowienia.
- Prawda jest taka, że miłość ogranicza. ― Adam wydawał się zupełnie pewien swoich słów. W jego głosie nie zagościł żaden ślad zawahania. I powiedział to dwudziestoośmiolatek, wiedzący o życiu na pewno troszeczkę więcej ode mnie.
Nie mogłam się nie zgodzić.
Nigdy się nie zakochałam, nigdy z nikim nie łączyło mnie nic więcej, niż cudowna przyjaźń. Nie miałam ochoty tego w żaden sposób naruszać.
- Chyba masz rację… lepszy byłby już chyba status „przyjaciele z korzyściami”. ― Zaśmiałam się, z początku nawet nie zdając sobie sprawy z tego, jak mogło zostać potraktowane te zdanie.
Apsik.
Być złą, czy nie być ― oto jest pytanie. Musiałam przyznać, że zaczynałam coraz bardziej przekonywać się do pierwszej alternatywy.
- To nie to, czego się spodziewałam... ― Na chwilę w niepamięć rzucił się temat naszej rozmowy, który na pewno nie mógł zostać teraz kontynuowany. Być może trójka tych łobuzów miała obrazować los, który za wszelką cenę broni nas przed wejściem na cienki, bardzo cienki lód. Ubiegłej nocy jedną stopą już na nim stałam.
- Nikt się tego nie spodziewał. ― Adam, nie próżnując, objął mnie ramieniem i zaciągnął do wnętrza domu. Szczęka drżała mi od zimna, podobnie jak blondynowi, który zapewne musiał poczuć chwilową ulgę od ciągłego pieczenia oparzeń.
- Masz już trochę swoich ubrań? ― Zwolnił moje ciało z subtelnego uścisku i spojrzał oczekująco, a ja w odpowiedzi tylko skinęłam głową. ― Weźmiemy ręczniki i trochę ubrań. Przeklęte dzieciaki... ― Ruszył w górę schodami, dopiero po chwili pozwalając mi dostrzec na twarzy ślad bladego uśmiechu. Nie mógł długo gniewać się na dzieciaki, ale też najwyraźniej nie popierał tego wybryku.
Po dwóch kwadransach można by uznać, że przywróciliśmy się do względnego porządku. Z herbatą przyjemnie rozgrzewającą moje dłonie zajęłam miejsce na kanapie. Chłód, jeszcze co jakiś miotający moim ciałem, powoli gasł, niszczony ciepłem pomieszczenia. Młodzi chuligani z pewnością nie łapali swojego błędu, gdyż za każdym razem, gdy wraz z Adamem wchodziłam im w drogę, to uciekali za najbliższy próg i to tam starali się dyskretnie stłumić chichot.
Ciekawe jakie ja miałam zabawy w ich wieku…
Na pewno nie bawiłam się w jesienny ice bucket challenge.
***
Nazajutrz, po nocy kichania i zatkanego nosa, moje mięśnie ogarnęło okropne otępienie, które nie pomagało ani trochę podnieść się z łóżka, a wręcz do niego przykuwało. Chcąc wziąć głębszy haust powietrza, jego przepływ został pohamowany, przez co musiałam szybko otworzyć usta, by się dotlenić. Cudem jednak dźwignęłam się na nogi. Nieprzyjemny, ćmiący ból głowy zaatakował mnie od każdej strony.
Zachorowałam. I nie było to niczym dziwnym po wiadrze lodowatej wody pośród jesiennego podmuchu, sprzątającego wszystkie zagrabione liście z powierzchni ziemi. Obserwowałam je właśnie z okna, opadające powoli z wciąż kolorowych koron drzew. Na nogi włożyłam ― nie ukrywam, że po ostrej przecenie ― ciapy po mieszkaniu, mając na uwadze to, jak mało środków na karcie mi pozostało. Będę musiała jeszcze bardziej przyłożyć się do pracy u Lancasterów.
W towarzystwie porannej ciszy zadzwoniłam do Jamie, z którą wczoraj umówiłam się na spotkanie. Jej głos dotarł do moich uszu po zaledwie jednym sygnale.
- Jamie, muszę przełożyć ― apsik ― spotkanie.
- Co się stało?
- Jestem chora… odrobinkę się przeziębiłam. ― Chrypa chyba kompletnie odebrała mi barwę głosu i doszło do mnie, że określenie „odrobinkę” w ogóle tu nie pasowało.
- Dobrze, rozumiem, zdrowiej, kochana.
- Dzięki. ― Nie powstrzymałam szerokiego uśmiechu, jaki przeciął mi twarz. Po krótkim pożegnaniu zakończyłam połączenie.
Na ramiona narzuciłam miękki, szary szlafrok, w którym wyszłam umyć zęby i przynajmniej częściowo ogarnąć kołtuny blond włosów. Było podejrzanie cicho ― mimo godziny ósmej, dwa piętra przeniknęła nieopisana cisza, zakłócana tylko stłumionymi odgłosami telewizji dobiegającej z dołu. Powędrowałam na palcach za źródłem dźwięku, jakby przekonana, że jednak większość domu pogrążona jest jeszcze we śnie.
„Jack, nie możesz mnie zostawić, kocham cię, a ty złamałeś mi serce, palancie!”
I para egzystująca na ekranie telewizyjnym właśnie rzuciła się sobie do ust. Zanim w całości wkroczyłam do salonu, zupełnie skonfundowana wpatrywałam się w te żałosne, nijak mające się do rzeczywistości romansidło.
- Odette? ― Z transu wybudził mnie głos Adama, sprawiając, że od razu podskoczyłam w miejscu. Dopiero zauważyłam jego głowę wysuwającą się zza oparcia kanapy, przeżywając dzięki temu całkiem niezły szok.
- Nie wiedziałam, że oglądasz takie rzeczy. ― Zacisnęłam pasek szlafroka w talii. Znów kichnęłam, w odpowiedniej chwili zakrywając usta oraz nos chusteczką. ― Ojej, czuję się tragicznie…
- Akurat leciało… ― odparł z odrobiną niepewności i zrobił mi miejsce na kanapie. ― Ty też chorujesz? Dzieciaki urządziły nas porządnie. ― Rozbrzmiał jego niewyraźny śmiech, w który wdarła się chrypa. Dopiero, gdy usiadłam obok niego, wspomagając się bladym blaskiem telewizora, byłam w stanie ujrzeć bordowe worki pod jego oczami.
Na zewnątrz, jak na późny ranek, było stosunkowo ciemno. Niebo niczym płyta szarości hamowała wszelkie promienie słoneczne, a wichura w kłębach mgieł niosła prawdziwą jesienną depresję, na szczęście oddzieloną od nas murami domu.
Nieoświetlony pokój również nie polepszał widoczności.
- Jestem pewna, że to nie to było ich zamiarem.
- Po nich wszystkiego można się spodziewać. ― Adam zwrócił się już w kierunku telewizora, zahaczając nogi na stolik. Nie zastanawiając się zbyt długo, założyłam nogę na nogę oraz ułożyłam głowę na jego ramieniu najdelikatniej, jak potrafiłam. Mogłam usłyszeć cichy, miarowy oddech, przy którym unosiła się oraz opadała męska klatka piersiowa.
W ciszy oglądaliśmy nudny, nic nie wnoszący romans, ziewając co chwila.
- Skoro miłość jest piękna, to dlaczego ta kobieta jest nieszczęśliwa? ― szepnęłam, chyba ogarnięta w małym stopniu sennością. Dzielnie jednak śledziłam wydarzenia z ekranu, które wprowadzały mnie w stan dziwnego zastanowienia.
- Prawda jest taka, że miłość ogranicza. ― Adam wydawał się zupełnie pewien swoich słów. W jego głosie nie zagościł żaden ślad zawahania. I powiedział to dwudziestoośmiolatek, wiedzący o życiu na pewno troszeczkę więcej ode mnie.
Nie mogłam się nie zgodzić.
Nigdy się nie zakochałam, nigdy z nikim nie łączyło mnie nic więcej, niż cudowna przyjaźń. Nie miałam ochoty tego w żaden sposób naruszać.
- Chyba masz rację… lepszy byłby już chyba status „przyjaciele z korzyściami”. ― Zaśmiałam się, z początku nawet nie zdając sobie sprawy z tego, jak mogło zostać potraktowane te zdanie.
Apsik.
[Adam?]
28 paź 2018
Od Odette C.D Adam
Ostatnie dni były tak intensywne, że odbierały mi wszelkie okazje do myślenia nad tym, co się stało. Płomienie, nieprzyjemny żar oraz chmury dymu stały się przygaszonymi wspomnieniami. Nawet chcąc sobie o tym przypomnieć, dzieci Lancasterów od razu wybijały mi ten pomysł z głowy. I w życiu nie było to negatywne stwierdzenie! Nawet nie mając w przeszłości większych kontaktów z dziećmi, teraz wręcz zakochałam się w każdym z nich. Przestałam kierować się wyłącznie potrzebą spłacenia długu wobec tej rodziny, a coraz więcej wydobywało się wprost z moich chęci. Od samego ranka, który rozpoczęłam przyrządzeniem śniadania dla całego przedszkola, gubiłam zupełnie bieg czasu. Mieliśmy wszyscy wyjść na spacer do parku, jednak Cindy uparła się, że musimy być przy powrocie Adama. I ja to w stu procentach podzielałam.
Decydując się więc na obejrzenie telewizji, zasiadłam na kanapie z Cindy, Lydią oraz najmłodszym potomkiem Lancasterów ― Harrym. Nigdy bym tego nie przyznała, ale poczułam się niczym pani domu z kilkorgiem dzieci, czekająca na powrót męża z pracy. To było tak głupie, że na chwilę pogrążyłam się głęboko w swoich myślach, nie kryjąc rozbawienia, które równie dobrze mogło wywodzić się z historyjek Cindy. Każda myśl jednak urwała się jak nożem uciął, kiedy z dziwnego transu wyrwał mnie głos.
- A dzień dobry! ― Na te słowa wręcz podskoczyłam z przerażenia, orientując się w ostatniej, rozdygotanej chwili, że w rękach trzymam dwumiesięczne dziecko. Spojrzenie wykazujące teraz przestrach wędrowało od punktu do punktu.
- Nie strasz mnie tak więcej… ― szepnęłam cicho, dźwigając się ostrożnie na nogi i znów utulając małego Harry’ego, który jakby nie przejmując się sytuacją, przytulił się do mojej piersi. Nie, na pewno nie pomylił jej z piersią swojej mamy.
- Adam! ― Mężczyzna już miał coś powiedzieć, jednak Cindy rzucająca się na niego z minimalną ostrożnością od razu odebrała mu głos. Przytulił ją na tyle, na ile mógł, i jeszcze uzupełnił gest, podnosząc dziewczynkę jedną ręką.
- Ale na barana cię nie wezmę! ― Od razu udzielił mi się jego świetny humor, mimo że od rana właśnie taki miałam. Zaraz przewrócił na mnie swoje spojrzenie. ― Odetka… ― Błagam, bez takich przekształceń. ― Jak sobie tu radzisz?
- To istne aniołki, nie mam z nimi problemów. ― Ofiarowałam mu szczery uśmiech. ― A ty jak sobie radzisz? Boli… chociaż troszkę mniej? ― W moim głosie rozbrzmiała autentyczna nadzieja, której chyba żywiłam zbyt wiele, jak na godzinę po wyjściu ze szpitala.
- Cóż, dali mi mnóstwo rzeczy, pianek na oparzenia i leków, więc będę żyć. Nie jest najgorzej, przynajmniej teraz ― krótko podsumował.
- Kiedy musisz tego używać? ― Mimochodem oddałam Harry’ego w ręce kuzynki Adama. Chyba nawet mi podziękowała, czego nie mogłam potwierdzić na sto procent, skupiona wyłącznie na postaci jasnookiego.
- Wieczorem.
- Pomogę ci z tym ― wypaliłam, nie myśląc nad tym ani chwili. W odpowiedzi popatrzył na mnie, jakby z pytaniem migoczącym w niebieskim spojrzeniu, „mówisz to na serio?”. Moja twarz jednak wyrażała niecodzienne zdecydowanie. Przyznaję, nadal chciałam mu się za wszystko odwdzięczyć. Gdyby nie on, spałabym gdzieś na dworcu autobusowym, dzieląc ławkę z panem Januszem, z którym każdego dnia żebrałabym o jedzenie.
A w życiu.
- No dobrze, nie będę narzekał. ― Uśmiechnął się, wywołując tym samym moją niemożebną ulgę. Nie wiem, co bym musiała zrobić, gdyby zaczął żałośnie pogrywać sobie ze mną tekstami, że wcale nie potrzebuje pomocy.
- Cieszę się. ― Podniosłam nieco głowę w szerokim uśmiechu, co mógł odczytać jako, nawiasem mówiąc chyba nieudany, symbol dominacji. ― Może zjesz coś z Jannet? W szpitalu wszyscy wiemy, czym karmią ― stwierdziłam nieco rozbawiona.
- W końcu ktoś, kto zdaje sobie z tego sprawę! ― Zdjął z siebie Cindy, od razu krocząc w stronę przestronnej kuchni, która wręcz przyciągała zapachem potraw.
Jannet również nie odmówiła sobie porcji i wkrótce oboje zajęli się wypełnionymi po talerzami. Z powszechnie znaną rodziną Lancasterów pod względem gotowania nie mogłam się równać, aczkolwiek uśmiechy, jakie otrzymałam po zjedzeniu, dawały mi pełną satysfakcję.
Czas ulatywał nam jak przez palce. Nie potrafiłam nawet powiedzieć, co pożytecznego zrobiłam do momentu, kiedy pomarańcz nieba zaczęła gęstnieć w głęboką czerń. Tak, jak to zaplanowałam, wzięłam torbę ze szpitala, przekonana, że znajdę tam wszystkie potrzebne Adamowi rzeczy. Pomarańczowa, metalowa butelka z pianką, maści i bandaże ― to wszystko znajdowało się wraz z niewypakowanymi ubraniami. Powędrowałam w górę schodów, mając w zamiarze wejście do pokoju młodego Lancastera, który znikąd dosłownie wyrósł mi przed drzwiami. W porę zdołałam się zatrzymać, by na niego nie wpaść.
- Właśnie miałem po to iść. ― Zlustrował torbę, którą miałam w ręku, a zaraz potem wycofał się z powrotem do wnętrza własnego azylu. O swoim mogłam pomarzyć.
- Nie martw się, mam wszystko. Rozbieraj się. ― Zerknęłam z widocznym błyskiem w oku. Nie byłam pewna, czy to dostrzegł, gdyż przestałam się nad tym zastanawiać, gdy tylko usiadł posłusznie na materacu.
- Co to za brudne rozkazy? ― Zaśmiał się z lekką chrypką, co sprawiło, że jego głos zabrzmiał jeszcze przyjemniej.
Szybko mu zawtórowałam, uważając, że jednak znacznie bezpieczniej będzie zbyć te pytanie zwykłym milczeniem. Zasiadłam dokładnie za plecami mężczyzny, rozkładając na obszernym łóżku wszystko, co było w tej chwili niezbędne. Zdjął koszulkę, odsłaniając przede mną nieprzyjemnie wyglądające plecy, na widok których skrzywiłam się znacznie.
- Mam szczęście, że tak nie wygląda moja twarz, co? ― Próbował rozbić czymś tę niezręczną ciszę. Natychmiast się opanowałam i przystąpiłam do pracy.
Musiał naprawdę cierpieć. Przed oczami znów stanął mi ogień, który tamtego feralnego dnia obejmował bezlitośnie plecy mężczyzny. W uszach jeszcze raz zaszył się ten niczym nie zduszony jęk okropnego bólu. I za każdym razem, myśląc o tym, próbowałam wpaść na pomysł, jakim cudem ja się mu za to kiedykolwiek odpłacę. Zostawałam jednak z zupełną pustką w głowie.
- Jasne, można tu mówić o szczęściu. Hej, żyjesz. ― Uśmiechnęłam się delikatnie. Chwyciłam za piankę i zerknęłam Adamowi przez ramię, zastanawiając się, czy pozwoli mi to dostrzec wyraz jego twarzy. Niestety ustawiłam się pod zbyt złym kątem.
- Jak się skrzywię, to wyjdę na ciotę? ― spytał z lekkim rozbawieniem, zanim jeszcze roztarłam miękką substancję po jego mocno zranionej skórze.
- Po tym, co odwaliłeś, nie będziesz nią, nawet, gdybyś się skrzywił.
- Daj spokój. Nie mógłbym tego nie zrobić ― szepnął. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że gdyby nikt nic nie mówił, atmosferę przeszywałaby niespotykana cisza. Tę ciszę i tak rozdarło niegłośne, wręcz tłumione syknięcie, gdyż w końcu pianka złączyła się z plecami. Szybko ponowiłam ruch, nie chcąc przedłużać tego zabiegu.
- To… bardzo miłe, wiesz? ― odparłam cichutko.
Kochane, Odette.
Chciałam powiedzieć, że kochane.
Wiedząc już, że maści powinny znaleźć się na nieco sparzonych ― ale nie aż tak dotkliwie, jak plecy ― ramionach, przeszłam do przodu. Siadłam, krzyżując nogi wprost przed Adamem, i nawet chyba nie zdając sobie sprawy z tego, że w innej sytuacji ta bliskość ściągnęłaby na moje policzki głęboki róż.
- Tak sądzisz? ― odparł dopiero.
Skinęłam powoli głową, a moje dłonie z wyjątkową delikatnością, nawilżone maścią, zetknęły się z ramieniem Adama. Czułam jego wzrok na sobie; dyskretne i delikatne, niebieskie spojrzenie, które oddawałam co nieregularny okres czasu. Ciepły oddech ledwo musnął moją skórę, choć twarz trzymał nadal dosyć oddaloną. Zbliżyłam się, i wcale nie dlatego, by móc dostać jeszcze większą część oparzenia. Przyłapałam się na myśli, że chcę wyraźniej poczuć jego oddech. Jego obecność, która zaczęła oddziaływać na mnie w dziwny, nieoczekiwany sposób.
Decydując się więc na obejrzenie telewizji, zasiadłam na kanapie z Cindy, Lydią oraz najmłodszym potomkiem Lancasterów ― Harrym. Nigdy bym tego nie przyznała, ale poczułam się niczym pani domu z kilkorgiem dzieci, czekająca na powrót męża z pracy. To było tak głupie, że na chwilę pogrążyłam się głęboko w swoich myślach, nie kryjąc rozbawienia, które równie dobrze mogło wywodzić się z historyjek Cindy. Każda myśl jednak urwała się jak nożem uciął, kiedy z dziwnego transu wyrwał mnie głos.
- A dzień dobry! ― Na te słowa wręcz podskoczyłam z przerażenia, orientując się w ostatniej, rozdygotanej chwili, że w rękach trzymam dwumiesięczne dziecko. Spojrzenie wykazujące teraz przestrach wędrowało od punktu do punktu.
- Nie strasz mnie tak więcej… ― szepnęłam cicho, dźwigając się ostrożnie na nogi i znów utulając małego Harry’ego, który jakby nie przejmując się sytuacją, przytulił się do mojej piersi. Nie, na pewno nie pomylił jej z piersią swojej mamy.
- Adam! ― Mężczyzna już miał coś powiedzieć, jednak Cindy rzucająca się na niego z minimalną ostrożnością od razu odebrała mu głos. Przytulił ją na tyle, na ile mógł, i jeszcze uzupełnił gest, podnosząc dziewczynkę jedną ręką.
- Ale na barana cię nie wezmę! ― Od razu udzielił mi się jego świetny humor, mimo że od rana właśnie taki miałam. Zaraz przewrócił na mnie swoje spojrzenie. ― Odetka… ― Błagam, bez takich przekształceń. ― Jak sobie tu radzisz?
- To istne aniołki, nie mam z nimi problemów. ― Ofiarowałam mu szczery uśmiech. ― A ty jak sobie radzisz? Boli… chociaż troszkę mniej? ― W moim głosie rozbrzmiała autentyczna nadzieja, której chyba żywiłam zbyt wiele, jak na godzinę po wyjściu ze szpitala.
- Cóż, dali mi mnóstwo rzeczy, pianek na oparzenia i leków, więc będę żyć. Nie jest najgorzej, przynajmniej teraz ― krótko podsumował.
- Kiedy musisz tego używać? ― Mimochodem oddałam Harry’ego w ręce kuzynki Adama. Chyba nawet mi podziękowała, czego nie mogłam potwierdzić na sto procent, skupiona wyłącznie na postaci jasnookiego.
- Wieczorem.
- Pomogę ci z tym ― wypaliłam, nie myśląc nad tym ani chwili. W odpowiedzi popatrzył na mnie, jakby z pytaniem migoczącym w niebieskim spojrzeniu, „mówisz to na serio?”. Moja twarz jednak wyrażała niecodzienne zdecydowanie. Przyznaję, nadal chciałam mu się za wszystko odwdzięczyć. Gdyby nie on, spałabym gdzieś na dworcu autobusowym, dzieląc ławkę z panem Januszem, z którym każdego dnia żebrałabym o jedzenie.
A w życiu.
- No dobrze, nie będę narzekał. ― Uśmiechnął się, wywołując tym samym moją niemożebną ulgę. Nie wiem, co bym musiała zrobić, gdyby zaczął żałośnie pogrywać sobie ze mną tekstami, że wcale nie potrzebuje pomocy.
- Cieszę się. ― Podniosłam nieco głowę w szerokim uśmiechu, co mógł odczytać jako, nawiasem mówiąc chyba nieudany, symbol dominacji. ― Może zjesz coś z Jannet? W szpitalu wszyscy wiemy, czym karmią ― stwierdziłam nieco rozbawiona.
- W końcu ktoś, kto zdaje sobie z tego sprawę! ― Zdjął z siebie Cindy, od razu krocząc w stronę przestronnej kuchni, która wręcz przyciągała zapachem potraw.
Jannet również nie odmówiła sobie porcji i wkrótce oboje zajęli się wypełnionymi po talerzami. Z powszechnie znaną rodziną Lancasterów pod względem gotowania nie mogłam się równać, aczkolwiek uśmiechy, jakie otrzymałam po zjedzeniu, dawały mi pełną satysfakcję.
Czas ulatywał nam jak przez palce. Nie potrafiłam nawet powiedzieć, co pożytecznego zrobiłam do momentu, kiedy pomarańcz nieba zaczęła gęstnieć w głęboką czerń. Tak, jak to zaplanowałam, wzięłam torbę ze szpitala, przekonana, że znajdę tam wszystkie potrzebne Adamowi rzeczy. Pomarańczowa, metalowa butelka z pianką, maści i bandaże ― to wszystko znajdowało się wraz z niewypakowanymi ubraniami. Powędrowałam w górę schodów, mając w zamiarze wejście do pokoju młodego Lancastera, który znikąd dosłownie wyrósł mi przed drzwiami. W porę zdołałam się zatrzymać, by na niego nie wpaść.
- Właśnie miałem po to iść. ― Zlustrował torbę, którą miałam w ręku, a zaraz potem wycofał się z powrotem do wnętrza własnego azylu. O swoim mogłam pomarzyć.
- Nie martw się, mam wszystko. Rozbieraj się. ― Zerknęłam z widocznym błyskiem w oku. Nie byłam pewna, czy to dostrzegł, gdyż przestałam się nad tym zastanawiać, gdy tylko usiadł posłusznie na materacu.
- Co to za brudne rozkazy? ― Zaśmiał się z lekką chrypką, co sprawiło, że jego głos zabrzmiał jeszcze przyjemniej.
Szybko mu zawtórowałam, uważając, że jednak znacznie bezpieczniej będzie zbyć te pytanie zwykłym milczeniem. Zasiadłam dokładnie za plecami mężczyzny, rozkładając na obszernym łóżku wszystko, co było w tej chwili niezbędne. Zdjął koszulkę, odsłaniając przede mną nieprzyjemnie wyglądające plecy, na widok których skrzywiłam się znacznie.
- Mam szczęście, że tak nie wygląda moja twarz, co? ― Próbował rozbić czymś tę niezręczną ciszę. Natychmiast się opanowałam i przystąpiłam do pracy.
Musiał naprawdę cierpieć. Przed oczami znów stanął mi ogień, który tamtego feralnego dnia obejmował bezlitośnie plecy mężczyzny. W uszach jeszcze raz zaszył się ten niczym nie zduszony jęk okropnego bólu. I za każdym razem, myśląc o tym, próbowałam wpaść na pomysł, jakim cudem ja się mu za to kiedykolwiek odpłacę. Zostawałam jednak z zupełną pustką w głowie.
- Jasne, można tu mówić o szczęściu. Hej, żyjesz. ― Uśmiechnęłam się delikatnie. Chwyciłam za piankę i zerknęłam Adamowi przez ramię, zastanawiając się, czy pozwoli mi to dostrzec wyraz jego twarzy. Niestety ustawiłam się pod zbyt złym kątem.
- Jak się skrzywię, to wyjdę na ciotę? ― spytał z lekkim rozbawieniem, zanim jeszcze roztarłam miękką substancję po jego mocno zranionej skórze.
- Po tym, co odwaliłeś, nie będziesz nią, nawet, gdybyś się skrzywił.
- Daj spokój. Nie mógłbym tego nie zrobić ― szepnął. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że gdyby nikt nic nie mówił, atmosferę przeszywałaby niespotykana cisza. Tę ciszę i tak rozdarło niegłośne, wręcz tłumione syknięcie, gdyż w końcu pianka złączyła się z plecami. Szybko ponowiłam ruch, nie chcąc przedłużać tego zabiegu.
- To… bardzo miłe, wiesz? ― odparłam cichutko.
Kochane, Odette.
Chciałam powiedzieć, że kochane.
Wiedząc już, że maści powinny znaleźć się na nieco sparzonych ― ale nie aż tak dotkliwie, jak plecy ― ramionach, przeszłam do przodu. Siadłam, krzyżując nogi wprost przed Adamem, i nawet chyba nie zdając sobie sprawy z tego, że w innej sytuacji ta bliskość ściągnęłaby na moje policzki głęboki róż.
- Tak sądzisz? ― odparł dopiero.
Skinęłam powoli głową, a moje dłonie z wyjątkową delikatnością, nawilżone maścią, zetknęły się z ramieniem Adama. Czułam jego wzrok na sobie; dyskretne i delikatne, niebieskie spojrzenie, które oddawałam co nieregularny okres czasu. Ciepły oddech ledwo musnął moją skórę, choć twarz trzymał nadal dosyć oddaloną. Zbliżyłam się, i wcale nie dlatego, by móc dostać jeszcze większą część oparzenia. Przyłapałam się na myśli, że chcę wyraźniej poczuć jego oddech. Jego obecność, która zaczęła oddziaływać na mnie w dziwny, nieoczekiwany sposób.
[Adam? 8)]
21 paź 2018
Od Odette C.D Adam
Słowa Adama i wywołane nimi zastanowienie odebrały mi wszelki ból. A raczej wygryzły go z pamięci, czyniąc tę parę minut niezwykle błogimi, przyjemnymi i pozbawionymi jakiegokolwiek cierpienia. Ono zwróciło się jednak z powrotem w moją stronę, kiedy tylko uświadomiłam sobie, że na moment udało mi się go pozbyć. Skutki eksplozji nie mogły się nie pojawić. Upadek po odrzucie wówczas był tak silny, że teraz czułam wielkiego, nieprzyjemnego siniaka na całym swoim boku. To oddalało mnie od chociażby pomyślenia o wstaniu. Zakaszlałam ponownie, ale tak ostrożnie, jakby od tego zależał dalszy los mojego wyschniętego, bolącego gardła.
Przeanalizuj swoją sytuację, Odette.
Masz przy sobie portfel, dokumenty i telefon.
Nie masz domu. Jamie też nie, kiedy wróci.
Wszystko. Trafił. Szlag. Optymizm również, gdyż czułam, że w najgorszej chwili mnie opuścił.
- Jesteś w stu procentach pewien? – Mój wzrok niespokojnie zawędrował od jego oczu do dłoni, w której ściskał czule moją. Dawało mi to pewne poczucie bezpieczeństwa, jakie chciałam utrzymać przy sobie jak najdłużej.
- Jasne. Powiedziałem, że to nie będzie problem. – Dalej uśmiechał się z zaraźliwą serdecznością. – Powinnaś porozmawiać z przyjaciółką. Dla niej też znajdzie się miejsce.
- To chyba będzie trudna rozmowa. – Nawet nie kryłam zmęczenia, a ciężar sytuacji mógł teraz wręcz odbijać się w moim rozdygotanym spojrzeniu.
Mężczyzna puścił powoli moją rękę i uświadomiłam sobie, że wolałam, gdy tego nie robił. To dziwna myśl, która mrowiła w mojej głowie dopóki ze skupienia nie wyrwało mnie głośne syczenie. Adam próbował jedynie poprawić się na łóżku. Jak wielki musiał być jego ból, który sprowadził na siebie tylko po to, by mnie uratować…
Żadna wdzięczność nie wróci mu zdrowych pleców.
- Dasz sobie radę. To, co się wydarzyło, nie zależało od ciebie.
- Wiem, ale… – zawiesiłam na chwilę głos, chcąc poukładać sobie wszystko w głowie. – Ale nie umiem teraz spojrzeć w najbliższą przyszłość. Do tego twoje plecy…
- O plecy się nie martw – wtrącił się łagodnym głosem. Błękitny, kojący wzrok utknął w moim jeszcze przez jakiś czas, skłaniając mnie do subtelnego uśmiechu.
- Jesteś idiotą – rzuciłam swobodnie.
- Idiotą, który cię ocalił.
- To mogło się dla ciebie źle skończyć… – Gdyby nie to, że rozdzielała nas szafka nocna, ból i zmęczenie, zapewne rzuciłabym mu się na szyję. – Tak się cieszę, że żyjesz… – Ochrypły szept przeciął ciszę niczym ostrze. Potem wszedł lekarz, nie dając Adamowi czasu na reakcję.
- Pani Blackwell?
Skinęłam głową oraz nieznacznie podsunęłam się na łóżku, tłumiąc przy tym skrzywienie.
- Tak, to ja.
- Pani będzie gotowa do wypisu już następnego dnia. – Wbił wzrok w kartotekę. – Płuca w normie, drogi oddechowe w porządku, mimo że są lekko podrażnione. Zostaje obserwacja.
- Dobrze, dziękuję. – Posłałam doktorowi, który był nawiasem mówiąc grubo po pięćdziesiątce, życzliwy uśmiech. Kontrastował on na tle tego, co działo się w moim wnętrzu. Myśli, niekoniecznie te pozytywne, nachodzące na siebie; jedna ścierała się z drugą, wywołując nie tyle, co zamieszanie, ale i okropny ból głowy.
Lekarz opuścił pomieszczenie, w jakim w ciągu tych paru minut zdążyło przewinąć się ze trzy pielęgniarki.
- Zostanę z tobą jeszcze te parę dni – wypaliłam. Adam obdarował mnie zdziwionym spojrzeniem.
- Ale wychodzisz jutro – odparł z dużą dozą niezrozumienia, aczkolwiek jego wzrok nie sugerował, że jest przeciw mojej decyzji.
- I tak nie mam się gdzie podziać. Wolę wrócić z tobą. Najwyżej pójdę kupić parę ubrań, bo wszystko strawił ogień, i wrócę. – Sięgnęłam portfela, który leżał obok łóżka wraz z pozostałościami mojego całego dorobku. Szczęście się do mnie odezwało. Nie, nie odezwało się. Ono wręcz krzyknęło. W portfelu mieściło się jeszcze sporo banknotów oraz dwie karty kredytowe, które przysięgałam użyć w wymagających tego sytuacjach. Lepszej okazji nie będzie.
- Jeśli potrzebujesz jeszcze jakiejś pomocy, wiesz, że ci pomogę – wyszeptał troskliwie, jednakże pokręciłam głową. Uśmiech nadal utrzymywał się na mojej twarzy.
- Nie, ale to miłe, dzięki. Okazuje się, że to jeszcze nie koniec świata. – Optymizm znów zaczął rozpromieniać mnie całą i ponownie poczułam, że mogę znacznie więcej.
Adam chyba nie do końca nadążał za moim wzrostem endorfin. Stłumiły one całe otępienie i ból, dlatego wypełniająca mnie energia była teraz najlepszym lekarstwem, jakie mogło pokonywać korytarze moich żył.
Tej samej nocy obudził mnie zduszony w gardle, przepojony bólem jęk. Z mojego umysłu powoli znikała ta mglista nieświadomość ostająca się jeszcze ze snu. Napłynęły do mnie wyraźniejsze dźwięki, które wcześniej wydawały się przykryte niczym żelazną kopułą.
Uświadomiłam sobie, że Adam musiał cierpieć już dłuższy czas. Zwłaszcza że nocą ból wydaje się nasilony bardziej niż kiedykolwiek. Leki przeciwbólowe minęły, plecy musiały porządnie zeschnąć, ocierając się teraz z nieprzyjemnym bólem o każdy materiał. Nie potrafiłam na to nie zareagować. Zmartwienie wyparło wszelki strach wiążący się z ujrzeniem mężczyzny. Wstałam z łóżka, czując się już dobrze, i po cichu dotarłam do cierpiącego.
- Adam? – Ten szept był tak cichy, że ledwo zagłuszył stęknięcie, które natychmiast się urwało.
- Nie śpisz? – Cudem obrócił się w moją stronę. – Powinnaś odpoczywać…mnie to chyba nie jest dane. – Jego czoło świecące się od potu świadczyło o tym, że walka z powstrzymaniem cierpienia trwała już dłuższy czas. Usiadłam zaraz na skraju łóżka oraz korzystając z bladego światła lampki nocnej, popatrzyłam na twarz mężczyzny.
- Może… może powinnam zawołać lekarza? – Zmarszczyłam czoło w zmartwieniu.
- Nie – syknął. – Wytrzymam to.
Dyskretnie wyciągnęłam rękę i zwinęłam palce w uścisk, który niespodziewanie ujął jego dłoń. Towarzyszyła temu zupełna, nieprzerwana niczym cisza.
- Pomyśl o czymś innym. Posiedzę z tobą. – Przesunęłam kciukiem po jego skórze, wpatrując się w błyszczące, niebieskie oczy, w których zatapiał się ból. O śnie nawet nie było mowy. Zszedł mi z powiek na dobre. – Poza tym wezwałam twoją rodzinę dzisiaj wieczorem. Dobra, może nie całą… ale będą tu jutro.
- Jeśli tylko przeżyję… – Ponownie syknął, ale tym razem przez cichy, ochrypły śmiech.
- Dasz radę jak wtedy, w tamtym pomieszczeniu – mruknęłam pod nosem, nie będąc pewną, czy należy poruszać teraz ten temat. – Ja po prostu nie widziałam odważniejszej osoby od ciebie. – Język odrobinę poplątał mi się przy tych słowach, ale mógł usłyszeć wszystko klarownie.
Bezpieczeństwo, jakie mnie wtedy ogarnęło, nie opuściło mnie aż do teraz. Przypomniały mi się jego ramiona, które pośród jasnych płomieni zdawały się być niczym skrzydła anioła stróża. Nadal miałam przed oczami twarz wykrzywiającą się w wyrazie okropnego bólu. Nie umiałam sobie nawet wyobrazić, jak bardzo wtedy cierpiał, mimowolnie zbliżając się do granicy życia.
Przeanalizuj swoją sytuację, Odette.
Masz przy sobie portfel, dokumenty i telefon.
Nie masz domu. Jamie też nie, kiedy wróci.
Wszystko. Trafił. Szlag. Optymizm również, gdyż czułam, że w najgorszej chwili mnie opuścił.
- Jesteś w stu procentach pewien? – Mój wzrok niespokojnie zawędrował od jego oczu do dłoni, w której ściskał czule moją. Dawało mi to pewne poczucie bezpieczeństwa, jakie chciałam utrzymać przy sobie jak najdłużej.
- Jasne. Powiedziałem, że to nie będzie problem. – Dalej uśmiechał się z zaraźliwą serdecznością. – Powinnaś porozmawiać z przyjaciółką. Dla niej też znajdzie się miejsce.
- To chyba będzie trudna rozmowa. – Nawet nie kryłam zmęczenia, a ciężar sytuacji mógł teraz wręcz odbijać się w moim rozdygotanym spojrzeniu.
Mężczyzna puścił powoli moją rękę i uświadomiłam sobie, że wolałam, gdy tego nie robił. To dziwna myśl, która mrowiła w mojej głowie dopóki ze skupienia nie wyrwało mnie głośne syczenie. Adam próbował jedynie poprawić się na łóżku. Jak wielki musiał być jego ból, który sprowadził na siebie tylko po to, by mnie uratować…
Żadna wdzięczność nie wróci mu zdrowych pleców.
- Dasz sobie radę. To, co się wydarzyło, nie zależało od ciebie.
- Wiem, ale… – zawiesiłam na chwilę głos, chcąc poukładać sobie wszystko w głowie. – Ale nie umiem teraz spojrzeć w najbliższą przyszłość. Do tego twoje plecy…
- O plecy się nie martw – wtrącił się łagodnym głosem. Błękitny, kojący wzrok utknął w moim jeszcze przez jakiś czas, skłaniając mnie do subtelnego uśmiechu.
- Jesteś idiotą – rzuciłam swobodnie.
- Idiotą, który cię ocalił.
- To mogło się dla ciebie źle skończyć… – Gdyby nie to, że rozdzielała nas szafka nocna, ból i zmęczenie, zapewne rzuciłabym mu się na szyję. – Tak się cieszę, że żyjesz… – Ochrypły szept przeciął ciszę niczym ostrze. Potem wszedł lekarz, nie dając Adamowi czasu na reakcję.
- Pani Blackwell?
Skinęłam głową oraz nieznacznie podsunęłam się na łóżku, tłumiąc przy tym skrzywienie.
- Tak, to ja.
- Pani będzie gotowa do wypisu już następnego dnia. – Wbił wzrok w kartotekę. – Płuca w normie, drogi oddechowe w porządku, mimo że są lekko podrażnione. Zostaje obserwacja.
- Dobrze, dziękuję. – Posłałam doktorowi, który był nawiasem mówiąc grubo po pięćdziesiątce, życzliwy uśmiech. Kontrastował on na tle tego, co działo się w moim wnętrzu. Myśli, niekoniecznie te pozytywne, nachodzące na siebie; jedna ścierała się z drugą, wywołując nie tyle, co zamieszanie, ale i okropny ból głowy.
Lekarz opuścił pomieszczenie, w jakim w ciągu tych paru minut zdążyło przewinąć się ze trzy pielęgniarki.
- Zostanę z tobą jeszcze te parę dni – wypaliłam. Adam obdarował mnie zdziwionym spojrzeniem.
- Ale wychodzisz jutro – odparł z dużą dozą niezrozumienia, aczkolwiek jego wzrok nie sugerował, że jest przeciw mojej decyzji.
- I tak nie mam się gdzie podziać. Wolę wrócić z tobą. Najwyżej pójdę kupić parę ubrań, bo wszystko strawił ogień, i wrócę. – Sięgnęłam portfela, który leżał obok łóżka wraz z pozostałościami mojego całego dorobku. Szczęście się do mnie odezwało. Nie, nie odezwało się. Ono wręcz krzyknęło. W portfelu mieściło się jeszcze sporo banknotów oraz dwie karty kredytowe, które przysięgałam użyć w wymagających tego sytuacjach. Lepszej okazji nie będzie.
- Jeśli potrzebujesz jeszcze jakiejś pomocy, wiesz, że ci pomogę – wyszeptał troskliwie, jednakże pokręciłam głową. Uśmiech nadal utrzymywał się na mojej twarzy.
- Nie, ale to miłe, dzięki. Okazuje się, że to jeszcze nie koniec świata. – Optymizm znów zaczął rozpromieniać mnie całą i ponownie poczułam, że mogę znacznie więcej.
Adam chyba nie do końca nadążał za moim wzrostem endorfin. Stłumiły one całe otępienie i ból, dlatego wypełniająca mnie energia była teraz najlepszym lekarstwem, jakie mogło pokonywać korytarze moich żył.
***
Uświadomiłam sobie, że Adam musiał cierpieć już dłuższy czas. Zwłaszcza że nocą ból wydaje się nasilony bardziej niż kiedykolwiek. Leki przeciwbólowe minęły, plecy musiały porządnie zeschnąć, ocierając się teraz z nieprzyjemnym bólem o każdy materiał. Nie potrafiłam na to nie zareagować. Zmartwienie wyparło wszelki strach wiążący się z ujrzeniem mężczyzny. Wstałam z łóżka, czując się już dobrze, i po cichu dotarłam do cierpiącego.
- Adam? – Ten szept był tak cichy, że ledwo zagłuszył stęknięcie, które natychmiast się urwało.
- Nie śpisz? – Cudem obrócił się w moją stronę. – Powinnaś odpoczywać…mnie to chyba nie jest dane. – Jego czoło świecące się od potu świadczyło o tym, że walka z powstrzymaniem cierpienia trwała już dłuższy czas. Usiadłam zaraz na skraju łóżka oraz korzystając z bladego światła lampki nocnej, popatrzyłam na twarz mężczyzny.
- Może… może powinnam zawołać lekarza? – Zmarszczyłam czoło w zmartwieniu.
- Nie – syknął. – Wytrzymam to.
Dyskretnie wyciągnęłam rękę i zwinęłam palce w uścisk, który niespodziewanie ujął jego dłoń. Towarzyszyła temu zupełna, nieprzerwana niczym cisza.
- Pomyśl o czymś innym. Posiedzę z tobą. – Przesunęłam kciukiem po jego skórze, wpatrując się w błyszczące, niebieskie oczy, w których zatapiał się ból. O śnie nawet nie było mowy. Zszedł mi z powiek na dobre. – Poza tym wezwałam twoją rodzinę dzisiaj wieczorem. Dobra, może nie całą… ale będą tu jutro.
- Jeśli tylko przeżyję… – Ponownie syknął, ale tym razem przez cichy, ochrypły śmiech.
- Dasz radę jak wtedy, w tamtym pomieszczeniu – mruknęłam pod nosem, nie będąc pewną, czy należy poruszać teraz ten temat. – Ja po prostu nie widziałam odważniejszej osoby od ciebie. – Język odrobinę poplątał mi się przy tych słowach, ale mógł usłyszeć wszystko klarownie.
Bezpieczeństwo, jakie mnie wtedy ogarnęło, nie opuściło mnie aż do teraz. Przypomniały mi się jego ramiona, które pośród jasnych płomieni zdawały się być niczym skrzydła anioła stróża. Nadal miałam przed oczami twarz wykrzywiającą się w wyrazie okropnego bólu. Nie umiałam sobie nawet wyobrazić, jak bardzo wtedy cierpiał, mimowolnie zbliżając się do granicy życia.
[Adam, bochaterze?]
15 paź 2018
Od Odette C.D Adam
Moje serce szarpnęło się niebezpiecznie, kiedy donośny łoskot drzwi pożegnał Adama. Zostałam sama, sparaliżowana dziwnym otępieniem i bez żadnego wsparcia. Odsunęłam się od drzwi, jakby czaiła się za nimi aż zbyt wyraźna groźba. Zza grubych ścian oddzielających mnie teraz od reszty świata dobiegły stłumione wrzaski. Nie potrafiłam ich zinterpretować. Mój umysł przetwarzał je jako głuche, ale puste dźwięki pozbawione znaczenia.
I już wiedziałam, że to był przedsmak prawdziwej tragedii.
Szum w głowie uprzedził potężny, głośny huk, który odrzucił mnie na drugi koniec pokoju. Runęłam mocno o podłogę, czując ostry ból przeszywający całe ciało. Przez długą chwilę byłam w stanie usłyszeć tylko ogłuszające dźwięczenie.
Nie mogłam sobie z nim poradzić.
Z trudem dźwignęłam się na nogi, starając się jak nigdy wcześniej ogarnąć uczucie rosnącego przerażenia. I wtedy, sunąc ostrożnie wzrokiem po bladej płaszczyźnie pokoju, zobaczyłam to. Wyrwa w ścianie stała w żywych, pełzających po krawędziach ognistych językach. Niemal od razu odzyskałam siły, które oparte były jedynie na silnej adrenalinie. Przestałam odczuwać jakikolwiek ból. Znaczenie zyskał tylko ten jeden impuls, zmuszający moje gardło do wydania jednego z najwyższych dźwięków, jakie było w stanie w ogóle wydać. Został on jednak zamknięty w czterech ścianach śmiercionośnego wówczas pokoju, uzupełnianego z każdą kolejną chwilą chmurą dymu.
Ciałem zatargał strach.
Płuca chciały wybuchnąć od tempa pochłanianych oddechów.
Gardło zeschło i drapało niemiłosiernie. Zachłysnęłam się ciężkim, zatrutym powietrzem.
- Adam! – Krzyknęłam raz jeszcze, niemal przytulając się do drzwi, do których cudem zdołałam dobiec.
Naparłam na nie, nacisnęłam klamkę i pociągnęłam mocno, jednak stawiała opór.
Jeszcze raz, jeszcze raz. Potem strach o własne życie tylko rósł.
- Adam, wracaj!
Oczy wykazywały panikę. Odbijał się w nich blask ognia i przerażenie, wręcz rozrywające na strzępy resztki nadziei. Płomienie mnożyły się oraz pięły w górę, łaskocząc czerniejący sufit. Ich ciepło dobiegało do mnie coraz intensywniej.
Pośród ogromnego chaosu, jaki toczył się za ścianą, zdołałam wyłapać tylko jeden głos.
- Odette! Odette, wszystko w porządku? – Krzyczał, próbując zagłuszyć alarm. Uświadomiłam sobie, że trwa od dobrych paru minut. – W pokoju obok była eksplozja, musimy się ewakuować! Odezwij się! – Szarpał mocno za klamkę. Jego głos stał się tak przejęty i przerażony, że momentalnie odczuwałam potrzebę powolnego pogodzenia się z uchylającą się przede mną chwilą katastrofy.
Zakaszlałam głośno. Oczy znów zapiekły.
- Drzwi się zatrzasnęły! Proszę, zrób coś…
- Odejdź od nich. Spróbuję je wyważyć – odparł tym samym tonem. Nie potrzebowałam dużo czasu, by wypełnić jego polecenie. Na tyle, na ile mogłam, odeszłam od drzwi i naciągnęłam skrawek koszulki na usta oraz nos.
Kolejny huk rozbrzmiał gdzieś w odrębnej części budynku.
Cholera jasna, dlaczego tak stoję?
Korzystając z chwili, kiedy mężczyzna napierał całym swoim ciałem na drzwi, by uległy, zaczęłam zbierać najpotrzebniejsze rzeczy. Telefon, portfel, laptop i dokumenty. Na nic innego nie miałam czasu. Nie miałam nawet czasu, by myśleć. Wchłaniałam coraz więcej dymu. Nie zapanowałam nad tym, przez co z mojego zdartego, obolałego gardła wyrwały się jeszcze kaszlnięcia.
- Odette?! Co ty wyrabiasz! – Adam zdołał wkroczyć do pomieszczenia. Od razu zakrył usta i nos, co spowodowało, że słowa stały się niewyraźne.
- Nie zostawię tylu rzeczy. – Z uporem maniaka upychałam rzeczy do torby. Krew w moich żyłach po chwili dosłownie zawrzała od potęgowanej temperatury.
- Albo życie, albo ta durna torba. Nawet nie pozwolę ci wybierać. – Gwałtownie pociągnął mnie w swoją stronę. Utrzymałam torbę zawieszoną na ramieniu i obdarowałam pomieszczenie, mój piękny, przytulny azyl, ostatnim stęsknionym spojrzeniem.
Każdy metr korytarza trawił żywy ogień. Głowa opustoszała; żadnych pomysłów, ani jednej sugestii co do strategii wyjścia stąd. Wzrokiem pospiesznie wędrowałam od kąta do kąta, spowita czystym przerażeniem, które powoli odbierało mi wszystkie siły.
- Jest za późno – wyszeptał, jednak nie na tyle cicho, bym tego nie usłyszała.
W akademiku musiało już nikogo nie być.
A my odcięci od jakiegokolwiek wyjścia, otoczeni płomieniami.
- Tam! – Adam obudził tym we mnie ostatnią iskrę nadziei. Pozostałam mu całkowicie podległa, kiedy w amoku szarpnął mnie w jedną ze stron. Na końcu długiego korytarza stały jedyne drzwi nieogarnięte smugami dymu. Wolne od sadzy. Żadna wątpliwość nie przeszła przez nasze głowy. Nogi same ruszyły porywczym biegiem.
Dostaliśmy się do środka.
W budynku znowu nastał odgłos eksplozji.
- Szybko, zabezpieczmy drzwi – rozkazał, przewracając prawie wszystkie możliwe przedmioty w poszukiwaniu pomocy. Sama rozsunęłam jedną z szafek i od razu w oczy zakuł mnie tuzin ręczników, którymi zaraz wypełniliśmy szparę pod drzwiami.
- To powinno pomóc nas na jakiś czas. – Zdanie przerwał nieustanny kaszel. Dym podrażnił moje gardło i płuca bardziej, niż to przewidywałam, i teraz, próbując złapać pełen oddech, odczuwałam wszystkie tego skutki.
Za oknem powietrze przesiąkał szary dym, w którym co chwila tliły się niewyraźne, szybko zanikające iskierki.
„Jest za późno.” Te słowa Adama wyżerały z mojego umysłu wszystko, co tylko dobre. Pogrążając się w nieuniknionych omenach przyszłych wydarzeń, osunęłam się po ścianie. Zajęłam jeden, w miarę przytulny kąt i wodziłam spojrzeniem za Adamem. Ilekroć patrzyłam na jego twarz, nie umiałam niczego wyczytać.
Za drzwiami można było wręcz wyobrazić sobie płomienie, które powoli przedzierały się przez solidną warstwę drewna. To nie wystarczy na długo.
- Co teraz będzie? – W moich oczach stanęły łzy. Nie byłam pewna, czy łzawiły od emocji czy były po prostu podrażnione od nadmiaru dymu. Smutny jęk, jaki z siebie wydałam, zdradził jednak wszystko.
Adam w końcu zatrzymał się w miejscu. Uklęknął przy mnie, położył ostrożnie dłoń na moim kolanie, non stop analizując reakcję. W ręce ciągle drżał mi telefon pozbawiony zasięgu.
- Będzie dobrze. Ty powinnaś mi to powiedzieć. – Nie wiedziałam, jakim cudem, ale zdołał się uśmiechnąć.
- Dziękuję, że mnie – zakaszlałam – nie zostawiłeś.
- Nie mógłbym – mruknął spokojnie. Zajął miejsce obok mnie, gdy tylko wskazałam na wolną przestrzeń.
- To wszystko dlatego, że drzwi się zatrzasnęły – szepnęłam niewyraźnie. W oczach znów poczułam topiące się przerażenie. – M-musimy wyjść z tego cało… – Z tymi słowami powolutku zsunęłam się na jego klatkę, wtulając w nią policzek. Ciepło, jakie biło od mężczyzny, zupełnie mi nie przeszkadzało. Było niczym ostoja przeganiająca wszelki smutek i rozpacz razem wzięte.
I już wiedziałam, że to był przedsmak prawdziwej tragedii.
Szum w głowie uprzedził potężny, głośny huk, który odrzucił mnie na drugi koniec pokoju. Runęłam mocno o podłogę, czując ostry ból przeszywający całe ciało. Przez długą chwilę byłam w stanie usłyszeć tylko ogłuszające dźwięczenie.
Nie mogłam sobie z nim poradzić.
Z trudem dźwignęłam się na nogi, starając się jak nigdy wcześniej ogarnąć uczucie rosnącego przerażenia. I wtedy, sunąc ostrożnie wzrokiem po bladej płaszczyźnie pokoju, zobaczyłam to. Wyrwa w ścianie stała w żywych, pełzających po krawędziach ognistych językach. Niemal od razu odzyskałam siły, które oparte były jedynie na silnej adrenalinie. Przestałam odczuwać jakikolwiek ból. Znaczenie zyskał tylko ten jeden impuls, zmuszający moje gardło do wydania jednego z najwyższych dźwięków, jakie było w stanie w ogóle wydać. Został on jednak zamknięty w czterech ścianach śmiercionośnego wówczas pokoju, uzupełnianego z każdą kolejną chwilą chmurą dymu.
Ciałem zatargał strach.
Płuca chciały wybuchnąć od tempa pochłanianych oddechów.
Gardło zeschło i drapało niemiłosiernie. Zachłysnęłam się ciężkim, zatrutym powietrzem.
- Adam! – Krzyknęłam raz jeszcze, niemal przytulając się do drzwi, do których cudem zdołałam dobiec.
Naparłam na nie, nacisnęłam klamkę i pociągnęłam mocno, jednak stawiała opór.
Jeszcze raz, jeszcze raz. Potem strach o własne życie tylko rósł.
- Adam, wracaj!
Oczy wykazywały panikę. Odbijał się w nich blask ognia i przerażenie, wręcz rozrywające na strzępy resztki nadziei. Płomienie mnożyły się oraz pięły w górę, łaskocząc czerniejący sufit. Ich ciepło dobiegało do mnie coraz intensywniej.
Pośród ogromnego chaosu, jaki toczył się za ścianą, zdołałam wyłapać tylko jeden głos.
- Odette! Odette, wszystko w porządku? – Krzyczał, próbując zagłuszyć alarm. Uświadomiłam sobie, że trwa od dobrych paru minut. – W pokoju obok była eksplozja, musimy się ewakuować! Odezwij się! – Szarpał mocno za klamkę. Jego głos stał się tak przejęty i przerażony, że momentalnie odczuwałam potrzebę powolnego pogodzenia się z uchylającą się przede mną chwilą katastrofy.
Zakaszlałam głośno. Oczy znów zapiekły.
- Drzwi się zatrzasnęły! Proszę, zrób coś…
- Odejdź od nich. Spróbuję je wyważyć – odparł tym samym tonem. Nie potrzebowałam dużo czasu, by wypełnić jego polecenie. Na tyle, na ile mogłam, odeszłam od drzwi i naciągnęłam skrawek koszulki na usta oraz nos.
Kolejny huk rozbrzmiał gdzieś w odrębnej części budynku.
Cholera jasna, dlaczego tak stoję?
Korzystając z chwili, kiedy mężczyzna napierał całym swoim ciałem na drzwi, by uległy, zaczęłam zbierać najpotrzebniejsze rzeczy. Telefon, portfel, laptop i dokumenty. Na nic innego nie miałam czasu. Nie miałam nawet czasu, by myśleć. Wchłaniałam coraz więcej dymu. Nie zapanowałam nad tym, przez co z mojego zdartego, obolałego gardła wyrwały się jeszcze kaszlnięcia.
- Odette?! Co ty wyrabiasz! – Adam zdołał wkroczyć do pomieszczenia. Od razu zakrył usta i nos, co spowodowało, że słowa stały się niewyraźne.
- Nie zostawię tylu rzeczy. – Z uporem maniaka upychałam rzeczy do torby. Krew w moich żyłach po chwili dosłownie zawrzała od potęgowanej temperatury.
- Albo życie, albo ta durna torba. Nawet nie pozwolę ci wybierać. – Gwałtownie pociągnął mnie w swoją stronę. Utrzymałam torbę zawieszoną na ramieniu i obdarowałam pomieszczenie, mój piękny, przytulny azyl, ostatnim stęsknionym spojrzeniem.
Każdy metr korytarza trawił żywy ogień. Głowa opustoszała; żadnych pomysłów, ani jednej sugestii co do strategii wyjścia stąd. Wzrokiem pospiesznie wędrowałam od kąta do kąta, spowita czystym przerażeniem, które powoli odbierało mi wszystkie siły.
- Jest za późno – wyszeptał, jednak nie na tyle cicho, bym tego nie usłyszała.
W akademiku musiało już nikogo nie być.
A my odcięci od jakiegokolwiek wyjścia, otoczeni płomieniami.
- Tam! – Adam obudził tym we mnie ostatnią iskrę nadziei. Pozostałam mu całkowicie podległa, kiedy w amoku szarpnął mnie w jedną ze stron. Na końcu długiego korytarza stały jedyne drzwi nieogarnięte smugami dymu. Wolne od sadzy. Żadna wątpliwość nie przeszła przez nasze głowy. Nogi same ruszyły porywczym biegiem.
Dostaliśmy się do środka.
W budynku znowu nastał odgłos eksplozji.
- Szybko, zabezpieczmy drzwi – rozkazał, przewracając prawie wszystkie możliwe przedmioty w poszukiwaniu pomocy. Sama rozsunęłam jedną z szafek i od razu w oczy zakuł mnie tuzin ręczników, którymi zaraz wypełniliśmy szparę pod drzwiami.
- To powinno pomóc nas na jakiś czas. – Zdanie przerwał nieustanny kaszel. Dym podrażnił moje gardło i płuca bardziej, niż to przewidywałam, i teraz, próbując złapać pełen oddech, odczuwałam wszystkie tego skutki.
Za oknem powietrze przesiąkał szary dym, w którym co chwila tliły się niewyraźne, szybko zanikające iskierki.
„Jest za późno.” Te słowa Adama wyżerały z mojego umysłu wszystko, co tylko dobre. Pogrążając się w nieuniknionych omenach przyszłych wydarzeń, osunęłam się po ścianie. Zajęłam jeden, w miarę przytulny kąt i wodziłam spojrzeniem za Adamem. Ilekroć patrzyłam na jego twarz, nie umiałam niczego wyczytać.
Za drzwiami można było wręcz wyobrazić sobie płomienie, które powoli przedzierały się przez solidną warstwę drewna. To nie wystarczy na długo.
- Co teraz będzie? – W moich oczach stanęły łzy. Nie byłam pewna, czy łzawiły od emocji czy były po prostu podrażnione od nadmiaru dymu. Smutny jęk, jaki z siebie wydałam, zdradził jednak wszystko.
Adam w końcu zatrzymał się w miejscu. Uklęknął przy mnie, położył ostrożnie dłoń na moim kolanie, non stop analizując reakcję. W ręce ciągle drżał mi telefon pozbawiony zasięgu.
- Będzie dobrze. Ty powinnaś mi to powiedzieć. – Nie wiedziałam, jakim cudem, ale zdołał się uśmiechnąć.
- Dziękuję, że mnie – zakaszlałam – nie zostawiłeś.
- Nie mógłbym – mruknął spokojnie. Zajął miejsce obok mnie, gdy tylko wskazałam na wolną przestrzeń.
- To wszystko dlatego, że drzwi się zatrzasnęły – szepnęłam niewyraźnie. W oczach znów poczułam topiące się przerażenie. – M-musimy wyjść z tego cało… – Z tymi słowami powolutku zsunęłam się na jego klatkę, wtulając w nią policzek. Ciepło, jakie biło od mężczyzny, zupełnie mi nie przeszkadzało. Było niczym ostoja przeganiająca wszelki smutek i rozpacz razem wzięte.
[Adam?]
Subskrybuj:
Posty (Atom)