29 sie 2018

Od Althei C.D Lucia

    Pytajcie mnie jakim sposobem Lucia przytaszczyła do domu wielkiego, puchatego misia, a odpowiem, że podłą drogą krętactwa i kłamstw. No jeszcze namiastką umiejętności mojej siostry w rzutach do celu. W mieszkaniu znalazłyśmy się około jedenastej w nocy. Atrakcje, mimo że na początku budziły we mnie swego rodzaju przerażenie, zaraz po wygranej walce z diabelskim młynem pochłonęły mnie bez reszty. Poważnie. Przestałam odczuwać jakikolwiek upływ czasu, który przelatywał mi jak przez palce. Oczywiście, że był to jeden z najlepszych dni, jakie spędziłam z siostrą i bezustannie nasycała mnie myśl, że został nam cały kolejny. Z tą myślą trudno było mi zapaść w spokojny sen; rozprawiałam nad tym, co mogę porobić jutro, by wykorzystać sto procent z czasu, jaki nam został. Jak mogło dojść do tego, że będę traktowała chwile spędzone z Lucią jako coś naprawdę rzadkiego, wyjątkowego? Ilekroć zanurzyłam się głębiej w te słowa, czułam jak ich znaczenie rozrywa moją duszę dziesiątkami ostrzy. Na miejsce świeżych, ambitnych planów weszły destrukcja i smutek, z którym ostatecznie pogrążyłam się we śnie.
    Obudził mnie jak zawsze wschód słońca. Że też każdego wieczoru zapominałam zasłonić akurat to okno, które rankiem najbardziej sabotuje moje plany spania do południa. Lecz teraz niemal natychmiast po otwarciu powiek czułam, że ten dzień był znacznie inny. Wyjątkowy. Po nim w cztery ściany tego mieszkania miała wsunąć się samotność i pustka, które tak chciałam wyprzeć. Dokładnie wiedząc, co nastąpi, jak głupia wmawiałam sobie, że to zupełnie nie tak...
    Dźwignęłam się leniwie z łóżka i narzuciłam szlafrok na ramiona. Nie zamierzałam budzić szybko Lucii. Szpara w drzwiach ukazywała mi śpiąca jeszcze dziewczynę przytuloną do swojej wielkiej nagrody, a ten uroczy widok odbierał mi wszelkie chęci na to, by go ukrócić. Duch prawie wlazł mi pod nogi w biegu do pustej miski. Zaskomlał cicho i ruszył przedmiot swoją dużą, futrzaną łapą, a ja najciszej jak się dało, wyciągnęłam puszkę mokrej karmy spod zlewu i ją otworzyłam. Zapach psiej karmy nigdy nie należał do najpiękniejszych. Wraz z momentem, gdy pies zaczął wręcz jeść miskę, moją uwagę kompletnie rozproszył donośny stukot. Cholera, kto mógłby odwiedzać nas tak wcześnie? Z poirytowaniem, którego nawet nie starałam się mocno ukryć, podeszłam do drzwi i nie patrząc nawet, kto mógł za nimi być, otworzyłam je. Oczywiście.
    - Co tu robisz? Mam z nią do spędzenia jeszcze jeden dzień. – Pretensja w moim głosie stała się aż nazbyt wyczuwalna. Byłam pod wielkim wrażeniem, jak mężczyzna obrzucany przeze mnie czystą nienawiścią, tonami win, wciąż przemawiał tak spokojnym głosem. I co najdziwniejsze, nie zniechęcił się. Chociaż było mi zupełnie obojętne, czy to zrobi, czy nie.
    - Wiem. Muszę z tobą porozmawiać.
    - Poza tematem Lucii nie ma tematu, który moglibyśmy obgadać, więc lepiej się streszczaj. – Sam wepchał mi się do mieszkania. Stanęłam tylko przy drzwiach i wodziłam za nim zdenerwowanym spojrzeniem, którym wypalałam dziurę w tyle jego głowy.
    Stary Santos oszczędził sobie wszelkich wysiłków, jakie niosły za sobą najmniejsze wytłumaczenia i jedynie wysunął kopertę z kosztownego płaszcza.
    - Nie potrzebuję pieniędzy – zaprotestowałam tak ostrym głosem, na ile pozwalała mi sytuacja. Ostatnie, co chciałam, to obudzić Lucię.
    - Niestety, ale to nie są pieniądze. – Wręczył mi kopertę z mało entuzjastycznym wyrazem twarzy. W moim spojrzeniu błysnął przestrach. – Proszę, otwórz ją. Chciałem przekazać ci to osobiście.
    Ręce drżały mi niemiłosiernie. Trudno było mi je opanować przy otwieraniu koperty, więc po prostu szybko ją rozerwałam. Natychmiast powitała mnie długa treść kończąca się na czerwonej pieczątce. Wystarczyło tylko przelecieć wzrokiem po nagłówku, by wszystkie czarne myśli w mojej głowie odżyły na nowo, przeganiając całkowicie całą radość z dnia spędzonego z siostrą. Spodziewałam się tego, zostałam też uprzedzona, ale ból nawet z tą świadomością nie zmniejszał się ani trochę.


„WNIOSEK O PRZEJĘCIE PRAW RODZICIELSKICH”


    - Nie sądziłam, że po tym, jak odszedłeś, jeszcze bardziej zepsujesz naszą rodzinę. Widocznie cię nie doceniłam – przemówiłam głosem zupełnie pozbawionym wyrazu.
    - Nie odbieraj tak tego… – żachnął się delikatnie. Po jego twarzy mogłam stwierdzić, że jest już odrobinę zmęczony tą walką. Jak my wszyscy.
    - Jak się czujesz z tym, że odbierasz mi wszystko? – Wierzchem dłoni otarłam mokre od paru łez policzki. Cieszyłam się, że w półmroku nie były zbyt widoczne ani nie błyszczały się w żadnym źródle światła.
    - Wiedząc, że poprawię jakość życia chociaż jednej z was, czego jestem wam winien? Cudownie… i mam nadzieję, że i ty kiedyś się do mnie przekonasz. – Oh, prędzej drugi raz wsiądę na diabelski młyn. I wezmę zmianę w knajpie w stylu pin up. I wpuszczę zboczeńca do domu. I wrócę do opuszczonej fabryki, żeby odnalazła mnie policja. I wezmę współudział we wprowadzeniu jakiegoś piosenkarza w depresję.
    - Nie licz na to.
    - Al… – zawiesił głos.
    - Nie. Nie masz prawa nawet tu stać, wyjdź już. – Kładąc rękę na jego ramieniu, zwróciłam go w stronę drzwi.
    - Nigdy nie przestałem o was myśleć. – Przesiąkający skruchą i tą dziwną troską głos prawie przebił mój wewnętrzny pancerz. Mężczyzna nie dał za wygraną i znów stanął przodem do mnie, tyle że znajdował się już poza progiem drzwi.
     - Zaczekaj. Mam coś jeszcze. Coś, co powinienem wam dać – wyjął z kieszeni pożółkły list i spojrzał na mnie – znacznie wcześniej. – Odetchnął głęboko.
    Ojciec zniknął z mojego pola widzenia, zanim zdążyłam wbić wzrok w ten kawałek papieru. Były na nim wypisane słowa, które sprawiły, że zupełnie zesztywniałam, a rytm bicia mojego serca powoli zamierał. „Od mamy”.


[Lucia? <3]

Od Antoniego CD Nivana

Zerknął na mnie kątem oka, niepewnie, a ja mogłem tylko skrzywić się w myślach, domyślając się, że prawdopodobnie to wcale nie znaczyło nic dobrego. No cóż, brawo Watson, masz zaskakujący talent do błyskania doborem słów do sytuacji, ale przecież ludzie i tak do ciebie lgną jak ćmy do światła, więc, czym masz się, idioto, przejmować?
— To niedobrze — skomentował cicho, opuszczając wzrok, a ja obejrzałem się na bok, jakoś nie mając ochoty na łapanie kontaktu wzrokowego. Schowałem dłonie do kieszeni i ukradkiem na niego spojrzałem, gdy westchnął cicho. — Chyba nie sądziłeś, że do czterdziestki będę niebieskowłosym, atrakcyjnym gówniarzem, co? — Prychnąłem, uśmiechając się pod nosem. — Kamienia filozofów jeszcze nie wynaleźli, przykro mi. I głupio wyglądałbyś w brodzie. Przynajmniej w mojej skromnej opinii.
Stanęliśmy na światłach. W nieporadnej ciszy, z dłońmi w kieszeniach bluz czy spodni. Odchrząknąłem, przejeżdżając dłonią przez włosy.
— Dalej jesteś atrakcyjny — oświadczyłem, mrużąc oczy.
I może wolałem po prostu przemilczeć sprawę, że nawet był ciut, jeżeli nie sto razy bardziej atrakcyjny w tych okularach i brodzie, niż jako niebieskowłosy napaleniec. Ale przecież o gustach i guścikach się nie dyskutuje, czyż nie?
— Co do brody, zgadzam się w stu procentach i pozostanę po prostu przy moim aktualnym wizerunku — stwierdziłem i uśmiechnąłem się pod nosem, szybko poprawiając torbę na ramieniu, gdy tylko ruszyliśmy wesołym krokiem przez pasy.

Od J.C. CD Aarona

- Jest stabilna. - odparłam, patrząc na ściągniętą bólem twarz mojej siostry. - Jeśli dobrze pójdzie, jutro powinna się obudzić.
Aaron cicho przysunął sobie krzesło i usiadł koło mnie.
- Wtedy, przed wejściem... pokłóciłyście się o coś? - domyślił się.
Westchnęłam, uciskając palcami nos na wysokości oczu. Nie miałam pojęcia, jak mu to wyjaśnić, bez wciągania go w swoje brudy. Tak czy siak, wytłumaczenie mu się należało.
- Dawno się nie widziałyśmy. Mamy pełno spraw do wyjaśnienia... ale to już, kiedy się obudzi. Narkotyki i zdenerwowanie nie chodzą parami.
- Co teraz zrobisz?
- Pewnie posiedzę tu jeszcze z godzinę, zadzwonię do jej matki, a potem się zwijam. Jest pod dobrą opieką, a ja rano będę mieć sajgon na komisariacie. - tym bardziej, że postanowiłam rozpocząć polowanie na dilerów scylium, o czym Gilbert miał się dopiero dowiedzieć.
Milczeliśmy chwilę. Kiedy spojrzałam na Aarona, zamyślony patrzył na moją siostrę.
- Jesteście podobne. - zaśmiałam się w duchu na to spostrzeżenie. Tak podobne, jak pozwala na to adopcja, pomyślałam, ale postanowiłam niczego nie prostować. Nie miałam siły.
- Wolałabym, żeby było inaczej. - odpowiedziałam tylko. Nawet jeśli nie byłyśmy rodzonymi siostrami, nie chciałam, żeby Marie szła moją ścieżką.
Zmieniłam pozycję na plastikowym krześle, kiedy kark zaczął mi sztywnieć. Nadal miałam na sobie sukienkę, o czym ze zdziwieniem dopiero sobie uświadomiłam. Nie była już tak ładna, jak w klubie. Teraz w świetle szpitalnych jarzeniówek odsłaniała moje kościste, chude kolana.
- Jeśli nie chcesz, nie musisz tu siedzieć. Idź do domu, rozerwij się. Już wystarczająco zepsułam ci wieczór.



Aaron?

28 sie 2018

Od Louise cd. Noah

        Minął dzień.
        Albo i godzina.
        W sumie wyglądało to na tydzień.
        Może półtorej tygodnia.
        Może dwa.
        Jadłam dużo lodów.
        Widziałam dużo karteczek.
        Jesteś ważna, Jesteś bezpieczna, Masz mnie, Nie martw się.
        I w kółko te same, ulubione smakołyki, które pieściły moje kubki smakowe niczym najlepsze, co w życiu jadłam. Patrząc na to z innej perspektywy, poniekąd i były one bardzo, bardzo dobre. Noah, och, kucharzu.
        Pochłaniałam i dzisiejsze, łapczywie biorąc kolejny kęs. Uwielbiałam, jak ludzie, czy też przyjaciele, spoglądali na mnie niczym na największą idiotkę, kiedy to moje zęby wtapiały się w zimną gałkę, tudzież kształt krówki bądź koła. Byłam miłośniczką dziwnych smaków, przykładem były żurawinowo-winogronowo-truskawkowe wafelki, które, wbrew pozorom, smakowały cudownie. Przysięgam, że od dziecka towarzyszył mi przedziwny gust. Spojrzałam kątem oka na kalendarz. Odliczałam dni, odkąd stało się... coś. To. Znaczy. To. Khem. Tak, chyba wiadomo, o co mi naprawdę chodzi. A więc, tak naprawdę minęły niecałe trzy tygodnie. Trzy cudowne tygodnie z dala od ludzi, od wszystkiego. Trzy cudowne tygodnie, w których jedyną bliską mi osobą była Roxy, jakiej niejednokrotnie udało się wyciągnąć mnie z tych złych stanów, a ja powinnam być jej dozgonnie wdzięczna. Oczywiście, byłam. Niezwykłe. Czułam, że to tylko dzięki niej stałam tutaj, wyszłam stąd, zaczerpnęłam świeżego powietrza kilka godzin temu. Owszem, byłam na długim spacerze z Kotem, tylko z dala od kogokolwiek. Nie ukrywam, nieco się bałam iść w las, jednakże naglące pomiaukiwanie rudzielca zmusiło mnie do podjęcia szybkiej decyzji. Pisałam z Noah kilka razy, niedługa wymiana zdań polegająca na skontrolowaniu codzienności u drugiej osoby. Miałam wrażenie, że uważa, iż jest między nami całkowicie dobrze, na całe szczęście. Nie chciałam, aby nawet po tak znaczącym wydarzeniu nasze relacje w jakimś stopniu ucierpiały. Lubiłam go. I chociaż na oczy widzieliśmy się ostatnio dwa tygodnie z hakiem temu, głupia nadzieja z tyłu głowy powtarzała, że "wasz kontakt wygląda lepiej, niż ostatnio, to sukces!", a ja łudziłam się, że coś nieistniejącego może mieć chociaż trochę racji. Chciałam tego tak, jak nie chciałam niczego innego. Potrzebowałam kogoś, kto... Louise, Boże, co ty pieprzysz. Od zawsze byłaś jedna, niekiedy i anonimowa, a teraz nagle czujesz potrzebę posiadania kogoś u swojego boku? Najwidoczniej tak, jednakże nawet jeśli, cholera, czemu ma być to on. Noah. Noah. Noah. Powtarzałam to imię, nawet nie wiedząc, że myśli wypełzły mi z ust i rozbrzmiały w kuchni. Madison wychyliła się zza drzwi swojej sypialni, obdarzając mnie ciekawskim spojrzeniem. Uśmiechnęłam się sztucznie, aby nieco zbić ją z drogi, po czym wróciłam do krążenia wokół schodów, to, by pogłaskać Kota, innym razem, żeby podpatrzyć, co dzieje się w telewizji. Częściej opuszczałam pokój, częściej wdawałam się w gadki z mamą, dyskusje z tatą. Ach. Kompletnie zapomniałam. Ostatniej nocy dowiedziałam się czegoś, co skrywali rodziciele od niecałego miesiąca. W rodzinie Watsonów pojawi się kolejny członek, chłopiec. Cieszyłam się z ich szczęścia, jednak w głowie zadawałam sobie miliony pytań. Dadzą radę, prawda? Jasne, że dadzą. Byłam niesfornym dzieciakiem, wychowali mnie, to i chłopiec znajdzie tutaj swoje miejsce. Minęło sporo czasu od poronienia, jestem pełna podziwu, że zdecydowali spróbować jeszcze raz. Oby tym razem się udało, będę pomagać im tak, jak wzorowa córka i starsza siostra — w końcu, zyskam nowy pseudonim!
        Potrzebowałam kilku głębokich wdechów, zanim zdecydowałam się na ważny krok. Chciałam, pierwszy raz od dawna, odwiedzić Noah.
        - Ja: Trzymaj kciuki, Rox, idę do Noah. Proszę, nie mów, żebym wybiła sobie to z głowy. Jestem gotowa na spotkanie oko w oko.
        Nie czekałam długo na odpowiedź.
        - Roxy: Och, jesteś pewna?
        Odpisałam krótkie "tak", po czym wsadziłam komórkę w tylną kieszeń spodni. Krzyknęłam, że wrócę za niedługo. Mruknięcie mamy upewniło mnie w przekonaniu, że usłyszała. Sięgnęłam po rower.
        Niepewnie zapukałam w znane mi drzwi. Noah Brown. Noah Brown. Nogi uginały się pode mną, a ja miałam wrażenie, że zaraz padnę. Kiedy w progu stanął szatyn, miałam ochotę wyszeptać krótkie przepraszam, jednak brak śmiałości nie pozwalał mi i na to, stanowczo odradzając jakiekolwiek posunięcie inne, niż zwyczajne przywitanie. Kasztanowe oczy budziły swego rodzaju... łaskotanie w brzuchu. Pierwszy raz w moim życiu czułam silne emocje, które napierały na mnie coraz bardziej, bardziej. Czułam odrazę do wszystkich mężczyzn. Nie chciałam patrzeć na tatę, chociaż było to wobec niego bardzo nie fair. Nie był winny. To ten obleśny, gruby facet zgotował mi najgorsze chwile w życiu. Odrazę do wszystkich. Tylko nie do Noah. Miałam wrażenie, że on jest w stanie zapewnić mi bezpieczeństwo. Lou. Zależało mu. Te karteczki, te lody, nawet te głupie SMSy. Dalej chciał utrzymywać z tobą kontakt. Widzieć cię. Ani ja, ani on nie zabieraliśmy głosu. Chłopak, jakby oczekiwał na mój ruch. Idiotka stojąca pod jego drzwiami, niczym głupia kulka strachu, która boi się, że niewłaściwym ruchem zburzy wszystko. Byłam głupia. Jak beznadziejnym przypadkiem trzeba być, żeby zakochać się w dupku, którego zna się trzy tygodnie?
        — Noah. — Próba zachowania oficjalnego tonu poszła w piach już przy "o". Mogę zapaść się pod ziemię? — Dziękuję.
        — Martwiłem się.
        Powiedział to. Powiedział mi, że bał się o mnie. Boże, czy to jest sen?
        Ponownie spojrzałam wprost w jego brązowe, cudowne oczy. Działał na mnie jak pieprzony magnez. Nie potrafię, nie umiem, jakkolwiek bym się nie broniła. Jego imię wybrzmiewało w mojej głowie jak echo obijające się o puste ściany. Wygląda idealnie. Nie wiem, co mną kierowało. Dlaczego, dlaczego. Zamknęłam oczy, odcinając drogę łzom, które napływały coraz mocniej. Nie hamowałam się. Podeszłam krok bliżej. Objęłam go, przytulając. Potrzebowałam tego. Potrzebuję jego.
        — Nie potrafię przestać o tobie myśleć. To znaczy... — mówiłam, zatrzymując się co moment. — Nie myśl, że ja coś...
        Przerywając zdanie wcisnęłam twarz w jego klatkę piersiową, a on wplótł swoją dłoń w moje włosy.
        Błagam, niech ta chwila trwa wiecznie.
        Albo nie, niech coś zrobi.
        Czuję się co najmniej głupio.

Noah?♥
Boże, co ona robi.

Od Nivana cd Antoniego

Grymas, który nagle zawitał na jego buźce, nie umknął mojej uwadze, chociaż możliwe, że koniec końców po prostu go zignorowałem, uznając, że nie ma co ślęczeć nad takimi pierdołami. Zresztą, zdecydowanie dużo się krzywiliśmy, szczególnie ostatnimi czasy... Albo od zawsze, tak, raczej tak.
Wciąż pamiętam minę, którą zrobiłem, gdy się do mnie dosiadł. Dziwne zmarszczenie nosa z uniesieniem wargi. Ciekawe, czy byłbym w stanie to powtórzyć, a jeśli tak, to czy okazałoby się, że pamiętał moją mimikę?
Ale koniec końców obaj się uśmiechaliśmy. Wtedy, jak i teraz. Ja zdecydowanie delikatniej od niego, ale jednak. Cholera, szczerzył się od ucha do ucha i jak zawsze wyglądał piekielnie korzystnie, drepcąc tak za mną, jak rozanielone dziecko.
— Powiem ci, że nie licząc wyglądu, chyba za dużo się nie zmieniłeś, Oakley — odezwał się w pewnym momencie, przykuwając moją uwagę. Zerknąłem na niego przez ramię, ściągając brwi i stwierdzając gdzieś z tyłu głowy, że to chyba niezbyt dobrze. NIe lubiłem pyskatego gówniarza, szajbusa z butą jak sąsiek i zapędami do zachowań czysto destrukcyjnych. — Takie o, pierwsze czy drugie wrażenie. I dalej sądzę, że bardzo dobrze wyglądasz w okularach. A broda to był dobry pomysł, naprawdę. Gdyby kiedykolwiek celować w zapuszczanie się na drwala, to jednak w moim przypadku po prostu lepiej zrezygnować, więc przyznaję, w tym akurat jesteś lepszy.
— To niedobrze — skwitowałem prawdopodobnie pierwsze zdanie, jakie wypowiedział, chociaż mruknąłem to tak cicho, że nie zdziwiłbym się, dowiadując się, że najzwyczajniej w świecie mnie nie dosłyszał. — Chyba nie sądziłeś, że do czterdziestki będę niebieskowłosym, atrakcyjnym gówniarzem, co? Kamienia filozofów jeszcze nie wynaleźli, przykro mi. I głupio wyglądałbyś w brodzie. Przynajmniej w mojej skromnej opinii.
Przystanąłem na światłach, wściubiając dłonie w kangurzą kieszeń bluzy.
Chciałbym ci coś powiedzieć. Pewnie czekasz na coś w stylu „Ty też się nie zmieniłeś”, ale obawiam się, że tego z siebie nie wyduszę. Obawiam się, że nie znałem cię i nie znam na tyle dobrze, żeby mówić takie rzeczy... Głupio to przyznać, ale pamiętam cię jak przez mgłę.
Bardzo chciałem wtedy zapomnieć.
Wiem tylko tyle, że cię ██████

Od Antoniego CD Nivana

A zamiast chusteczki, po prostu użył rękawa swojej bluzy. Jak nie trzydziestoletni mężczyzna, a siedemnasto czy osiemnastoletni chłopak, którego w sumie chyba dalej miałem przed oczami.
Po prostu w trochę innym wydaniu, niby dojrzalszym i poważniejszym, a jednak nie.
— Widziała gorsze rzeczy — podsumował dosyć krótko, widząc moje skrzywienie na twarzy, gdy po raz kolejny chowałem chusteczki do torby, a ja przewróciłem oczami i skrzywiłem się jeszcze bardziej, bo może i widziała gorsze rzeczy, ale nie był już głupim nastolatkiem, który rzucał się na każdego, kto wziął jeden za szybki oddech i jako dorosły osobnik mógł pozwolić sobie na luksus chusteczek higienicznych. — Chodź. Zaopatrzyłem się ostatnio w jakąś zieloną z malinami i kardamonem — rzucił, w międzyczasie szybko obracając się na pięcie i ruszając w lewo.
A ja z głupim uśmiechem rozmarzonego dziecka, które dopiero co dostało słodycze, pokiwałem głową i ruszyłem za mężczyzną, trzymając się niby tuż obok, niby przy prawym boku, a jednak ciut z tyłu. W końcu to on wiedział, gdzie mamy podążać.
— Powiem ci, że nie licząc wyglądu, chyba za dużo się nie zmieniłeś, Oakley — rzuciłem, spoglądając na niego kątem oka. — Takie o, pierwsze czy drugie wrażenie. I dalej sądzę, że bardzo dobrze wyglądasz w okularach. A broda to był dobry pomysł, naprawdę. Gdyby kiedykolwiek celować w zapuszczanie się na drwala, to jednak w moim przypadku po prostu lepiej zrezygnować, więc przyznaję — posłałem mu szeroki uśmiech i parsknąłem śmiechem — w tym akurat jesteś lepszy.

Od Adama C.D Odette

    Trochę nam zajęła przeprawa od knajpy, przez jej mieszkanie, aż do mojego domu. Około dwóch godzin, jeśli się nie mylę. Porządnych dwóch godzin. Gdyby nie to, co zastaliśmy w jej mieszkaniu w akademiku, zeszłoby nam o wiele mniej czasu. Ten cały bałagan, jej porozwalane ubrania, a w szczególności bielizna, wzbudziły mój niepokój. Ponadto ta kartka, którą miałem okazję dostrzec w jej szafce i zdanie, wyraźnie na niej napisane. Jak ktoś mógłby być takim wrednym chujem, żeby zrobić to kobiecie? I to jeszcze takiej przyjaznej, miłej, po której widać było, że nie chce i nie zamierza wchodzić nikomu w paradę. Takie łagodne usposobienie było rzadkością, wręcz czymś wymarłym na tej planecie. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, w którym ludzie żrą się jak piranie, by dostać się do koryta, zwanym władzą.
    Westchnąłem cicho, zaciskając dłonie na kierownicy. Wjechałem na podjazd pod garażem, w którym nie było już miejsca na moje auto. No cóż, jak mieszka się w domu razem z prawie dwudziestoma ludźmi, to trzy garaże na pewno dla wszystkich nie wystarczą.
     - Wysiadamy, zaraz pokażę ci miejsce, w którym będziesz spać - powiedziałem, otwierając drzwi i wychodząc na zewnątrz. - Będziesz chciała coś jeszcze zjeść przed snem? Długo nic nie jadłaś - dodałem, z lekko wyczuwalną troską w głosie. Gdy oboje znaleźliśmy się poza samochodem, ja je zamknąłem, a Odette cicho mi odpowiedziała.
     - Mogłabym w sumie… głodna jestem trochę. - Odgarnęła włosy z twarzy i ruszyła za mną do drzwi wejściowych. Otworzyłem je przed nią i puściłem przodem, jak prawdziwy dżentelmen, a dziewczyna w geście podziękowania kiwnęła lekko głową.
     - Kuchnia jest po lewej stronie, schody na górę po prawej - wyszeptałem, idąc za nią krok w krok. - Musimy być cicho, bo pewnie wszyscy śpią. - Ziewnąłem. Sam już miałem ochotę położyć się do łóżka. Wtem przypomniałem sobie, że dzisiaj nie będę miał okazji zatopić się w mojej pościeli, a w kocu na kanapie, obok mojego upierdliwego psa, który zapewne chwilę później mnie z niej zrzuci. Rano pewnie z przyzwyczajenia pobiegnie na górę do mojej sypialni i dla odmiany to Odette zostanie zepchnięta wprost na chłodne panele.
     - Co chciałabyś zjeść? - spytałem, otwierając lodówkę i spojrzałem na nią kątem oka. Dziewczyna w odpowiedzi wzruszyła ramionami i powiedziała, że jej wszystko by pasowało. Kiwnąłem głową z lekkim uśmiechem na twarzy i wyciągnąłem ciemny chleb z chlebaka, którego posmarowałem serkiem ze szczypiorkiem - coś na szybko. Nie chciało mi się silić na coś lepszego. Dochodziła pierwsza w nocy, do cholery. Jedyne, czego pragnąłem, to sen.
    W międzyczasie dziewczyna spytała się mnie, czy nie potrzebuje pomocy. Ja tylko pokręciłem głową i po chwili położyłem jej pod nosem talerz z dwoma kanapkami - tyle samo miałem ja na swoim. Powiedziałem jej ciche “smacznego”, na co ona odpowiedziała mi tym samym i zabrała się za jedzenie. Jakie było moje zdziwienie, gdy nagle za moimi plecami odezwał się znajomy głos małej dziewczynki.
     - Wiedziałam, że chcesz ją wykorzystać - powiedziała cichym głosem Cindy, na co odwróciłem się, by spojrzeć na jej twarz i zmarszczone brwi. Zaśmiałem się cicho.
     - Czemu nie śpisz, młoda? - Skrzyżowałem ręce na piersi, siadając do niej przodem.
    Dziewczynka ziewnęła krótko.
     - Nie mogę zasnąć - powiedziała smutno, pocierając wolno piąstką o swoją powiekę. Odette momentalnie zeszła z krzesła i kucnęła przed dziewczynką, zostawiając połowę swojej kolacji na talerzu.
     - Mogłabym ci jakoś w tym pomóc. - Kobieta uśmiechnęła się promiennie, łapiąc ją za jedną rączkę. - Znam taki całkiem niezły sposób.
     - Jaki? - spytała Cindy z zaciekawieniem. Uśmiechnąłem się, obserwując całe to zdarzenie. Odette świetnie mnie wyręczała w roli opiekuna i czasem nawet zastanawiałem się, czy nie jest w tym lepsza ode mnie. Jasne, że jest. W tak krótkim czasie uzyskała sobie przychylność takiego dziecka, jakim jest Cindy, a ona serio nie ufa byle komu. Dużo czasu musi minąć, żeby siedmiolatka zaczęła z kimś normalnie rozmawiać, nie rzucając tylko i wyłącznie kąśliwymi uwagami i fochami na lewo i prawo, jak robi to w moim przypadku. Lecz ja jestem wyjątkowy. Wiem, że dziewczynka mnie lubi, ale powiedziała mi kiedyś, że musi mieć jakiegoś kozła ofiarnego. Wtedy dodała jeszcze, że powinienem być zadowolony z tej “posady” i cmoknęła mnie w policzek. To było jakieś dwa miesiące temu, o ile się nie mylę.
     - Położysz się do łóżka, a ja ci coś opowiem. - Odette uśmiechnęła się do dziewczynki i wyprostowała, czekając, aż młoda zaprowadzi ją na górę do swojego pokoju.
    Cindy zmarszczyła brwi.
     - Tylko żeby to nie było nudne, tak, jak historie Adama. - Skrzywiła się, patrząc na mnie.
     - Są aż tak złe? Niemożliwe.
     - Możliwe - odpowiedziała momentalnie - są gorsze niż myślisz. - Spojrzała na mnie, a ja skierowałem na nią swój “groźny” wzrok, przez co ta od razu zaczęła ruszać w stronę schodów. - Później ci powiem więcej, bo on już mnie chce zabić. - Kiedy była już wystarczająco daleko ode mnie, odwróciła się przodem i pokazała mi język. - Nie będziesz miał dziewczyny.
    Zaśmiałem się cicho, gdy ta pomknęła na górę, a za nią szła równie rozbawiona co ja Odette. Że też ona ją polubiła. Jest jedyną dziewczyną, którą przyprowadziłem do domu i która nie narzekała na tego małego, wcielonego diabła we własnej osobie.
    Dokończyłem szybko swoją kolację i schowałem pusty talerz do zmywarki. Wtem właśnie przypomniałem sobie, że talerz Odette jeszcze nie został całkiem opróżniony. Dlatego też wziąłem go do ręki i zaniosłem do swojej sypialni, kładąc go na szafce nocnej. Jak zgłodnieje, to może zje.     Chociaż… ona jest kobietą. Może przestrzega takiej żelaznej zasady jak większość z nich, czyli: nie jemy przed snem, bo przytyjemy? [to tak bardzo ja] Cholera wie. Zjadła już jedną kromkę, a jest pierwsza w nocy. Może ona się do nich nie zalicza? Pewnie tak.
    Z ciekawości, zaczaiłem się pod pokój Cindy i uchyliłem lekko drzwi do niego, by zobaczyć, chociaż kawałek przedstawienia. Nie skupiłem się na tym, co ona jej opowiadała, bo szczerze mówiąc, mało mnie to interesowało. Wolałem się skupić na widoku. Raczej nie chodziło tu o to, że Odette, sama, z własnych chęci, zajęła się córką mojej kuzynki. To też mnie ruszało swoją drogą, lecz mój wzrok najbardziej skupił się na jej ciele, a konkretnie to kształtach, które podkreślone były przez opinającą ja bluzkę i równie ciasne spodnie. Niezaprzeczalnym faktem jest to, że jestem mężczyzną i to jest oczywiste, że zwracam uwagę na takie szczegóły. W sumie jak każdy człowiek zwraca uwagę na walory płci, która mu się podoba. To wręcz naturalna rzecz. Nie wiem, czemu z tego powodu kobiety nazywają nas świniami, pomimo tego, że podobnie zachowują się jak my, tylko po prostu lepiej się z tym ukrywają… co nie oznacza, że nie występują wyjątki. Jak to mówią: “wyjątek potwierdza regułę”.
    Nim się spostrzegłem, Odette wyszła z pomieszczenia, trafiając wprost na mnie. Nie spodziewałem się tego, że tak nagle wyjdzie, a ona pewnie tego, że ja będę stał zaraz za drzwiami. Kobieta podskoczyła z lekka przestraszona i potknęła się, wpadając w moje objęcia.


< Odette? Nie sprawdzone - zbyt leniwa jestem >

+20PD