Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Althea&Bellami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Althea&Bellami. Pokaż wszystkie posty

14 sty 2020

Od Althei C.D Bellami

Oczywiście, że byłam spanikowana. Odkąd poczułam swoje dolegliwości i powiązałam je z czymś, czego niesamowicie się wystrzegałam, świat wirował mi w głowie. Otaczały mnie dołujące, złe myśl, a liczba rozwiązań, na jakie byłoby mnie stać finansowo i mentalnie — zero.
Nie chcę odwracać tego testu i oglądać wynik. Jeśli to będzie to, co myślę, załamię się jeszcze bardziej i przestanę powstrzymywać łzy, które od dłuższego czasu, wywołane wyłącznie strachem i obawami, leją mi się z lekko opuchniętych oczu. Dobra, Althea, jesteś ponad to. Przygryzam dolną wargę tak mocno, że niemal czuję metaliczny posmak krwi w ustach. Podmuchy gorącego powietrza uderzają w moją głowę od każdej strony. Cholera, przecież nie pozwolę sobie zemdleć. Ciąża to nie byłaby tragedia i droga bez wyjścia. Byłaby. Korzystając z natłoku swoich myśli, znoszę spojrzenie w dół i wreszcie wpatruję się w odwrócony wynikiem do mnie test.

30 gru 2019

Od Bellamiego CD. Althei

- Bell! - słyszę głos zdenerwowanej Alt, oho. Czymże zawiniłem tym razem? Jęknąłem przeciągle i przepasałem sobie ręcznik na biodrach. Wyszedłem z łazienki i ruszyłem w stronę salonu gdzie dziewczyna właśnie rzuciła kilka torebek. W niektórych była kokaina w innych piksy. Oho.
- Co to ma być? - zapytała i założyła ręce na biodra zdenerwowana. Spojrzałem to raz na torebeczki, raz na nią, torebeczki, no i kolejny raz w jej oczy pełne wściekłości... było coś tam jeszcze. Ale co? Może zawód? Nie wiem. Westchnąłem głośno i usiadłem na sofie.
- Sprzedaje je. A raczej moi ludzie - powiedziałem i wzruszyłem ramionami jakbyśmy mówili o bułeczkach z Lidla.
- Jacy ludzie?! - zapytała coraz bardziej zła.
- Alt proszę cię nie róbmy z tego problemu - rzekłem i spojrzałem na nią proszącym wzrokiem. Przekonam ją nim? Czy nie? Oto jest pytanie.
- Jak kurwa nie robić z tego problemu! Ile ty tego masz! - krzyknęła na mnie. Czyli mój mizerny plan chuj strzelił. W sumie miał nikłe procenty na powodzenie.
- Tyle po ile przyjdzie jutro Jacob - powiedziałem i westchnąłem. Wstałem z sofy i podszedłem do dziewczyny, która odsunęła się ode mnie o krok.
- Narobisz sobie przez to kłopotów. Co gdy cię złapią? - zapytała przerażona i pokręciła głową. Westchnąłem i złapałem ją za dłoń i przyciągnąłem do siebie. Dziewczyna stała skamieniała, a ja nie wiedziałem co zrobić. Właściwie co ja takiego robię? Przejmuje się z nią. Dowie się. Ale ona też się o mnie martwi.. 

29 gru 2019

Od Althei C.D Bellami (18+)

Głowę obciąża mi niesamowity ból. Czuję gorąco, które dociera ze wszystkich stron, a swoje źródło ma ono w ciepłej, jeszcze parującej wodzie i ciele seksownego mężczyzny pode mną. Łapie mnie delikatny chłód, kiedy przysuwam się do Salvadore'a na tyle, by moje mokre piersi wyszły spod tafli wody i zetknęły się z jego klatką. Słyszymy tylko głośne oddechy i głębokie, namiętne pocałunki, które bez przerwy sprawiają, że piorunuje mnie podniecenie.

27 gru 2019

Od Bellamiego CD. Althei

- Bell, chłopie, to nie ma sensu, odpuść - powiedziała Alt, próbowała mówić głośno jednak słuchałem bardziej faceta, który już prosił o wybaczenie. Uśmiechnąłem się lekko chcąc prychnąć.
- Nie marnujmy tej nocy na jakieś bijatyki! - dodała po chwili dziewczyna. Wywróciłem oczami i zbliżyłem się do ucha obleśnego mężczyzny.
- Mam nadzieje, że będzie to dla ciebie nauczka - powiedziałem mu do ucha, a on zaczął energicznie machać głową na znak zgody. Odsunąłem się od niego i dla podsumowania sprzedałem mu lewego sierpowego. Tak żeby zapamiętał. Z jego nosa natychmiast zaczęła sączyć się krew, a facet tylko jęknął. Puściłem go i odwróciłem się do dziewczyny. Złapałem ją w tali i z szamańskim uśmiechem spojrzałem na nią. Pociągnąłem ją w stronę budynku by wrócić na imprezę. Nie miałem zamiaru psuć sobie dalej humoru. Alt ruszyła za mną kręcąc głową zapewne z niedowierzania w moją osobę.
- Ty chujku - usłyszałem, a następnie poczułem uderzenie w głowę. Nie było silne, powiedzmy szczerze, koleś ledwo stał na nogach. Jednak to co zrobił sprawiło, że moje zdenerwowanie osiągnęło poziom maksymalny. Odwróciłem się na pięcie i spiorunowałem go spojrzeniem. Kiedy ten chciał się zamachnąć złapałem go za pięść i przyciągnąłem do siebie od razu wykonując cios kolanem w jego żebra. Zgiął się w pół, kiedy mój łokieć wylądował na jego plecach facet upadł na ziemię.

6 gru 2019

Od Althei C.D Bellami

Nie mogłam powiedzieć, że lateks opinający moje ciało był przesadnie wygodny. Momentami uwierał tu i tam, sprawiając, że powstrzymywałam wielką ochotę przebrania się w coś przystępnego i typowego — na przykład Krwawą Marry, bo to kwestia długiej, białej piżamy i odrobiny białego pudru. Nie wiem, co mnie podkusiło, by wybrać akurat kostium kota, który, sądząc po tym, jak wyglądało moje odbicie w lustrze, nadawałby się do filmów dla dorosłych.
Nie, Althea, wyglądasz super. Pocieszałam się w swoich zamkniętych myślach. Wsiadłam sprawnie do auta, nie odwlekając w czasie zapięcia pasów bezpieczeństwa. Na słowo mężczyzny w mojej głowie ukazała się już cała plątanina dróg, jaką musimy pokonać. Klub Sunshine znajdował się całe osiem kilometrów stąd. Nie rozpraszałam w żaden sposób kierowcy, a jedynie wskazywałam każdy możliwy zakręt oraz prostą drogę.
Po około dwudziestu minutach byliśmy na miejscu. Bell zajął jedno z miejsc zatłoczonego parkingu, a ja wsłuchałam się w niesamowicie głośną muzykę bijącą od lokalu. Wręcz rozbrzmiewała w moich uszach.

23 lis 2019

Od Bellamiego CD Althei

- Alfredzie jeżeli zaraz nie przyniesiesz mi kawy to nie masz po co jutro przyjść do pracy, bo już jej nie będziesz miał! - krzyknąłem do chłopaka. Był to dość nieśmiały dwudziestolatek jednak po odejściu mojego wcześniejszego pracownika poszukałem kogoś na szybkiego. Nie wiem czy to był dobry pomysł. Chłopak może i nigdy się nie spóźnił jednak powiedzmy sobie szczerze jest za bardzo... fajtłapą? Wszystko wypada mu z rąk. Właśnie próbuje donieść mi trzeci kubek z kawą bo dwie wcześniejsze stłukł. Jedną bo się przewrócił, a drugą bo przestraszył się wrony, którą ruszyła się bardzo "strasznie" gdzieś na dworze. Kiedy zobaczyłem chłopaka przed szklanymi drzwiami uśmiechnąłem się lekko z nadzieją, że trzeci kubek nie wyląduje na podłodze.
- Panie Bellami, oto Pańska kawa - powiedział kiedy dotarł do mojego biurka i postawił napój na nim. Uśmiechnął się przestraszony i nie ruszał się z miejsca jakby czekał na pochwałę.
- Dziękuje, ale nie czekaj na medal. Masz dużo pracy za swoim biurkiem, ja się zajmę swoim - odpowiedziałem mu, a on uśmiechnął się i skinął głową. uciekł szybko jak małe dziecko, któremu dano na lody. Westchnąłem i pomasowałem swoją prawą skroń dłonią. Bolała mnie od tego głowa. Chciałem już wrócić do domu jednak patrząc na zegar zdałem sobie sprawę, że posiedzę sobie tutaj jeszcze minimum dwie godziny. Jak nie lepiej. Nie ważne trzeba wziąć się do pracy. Upiłem łyk kawy, która okazałą się zbyt gorzka jednak stwierdziłem, że nim Alfred doniesie mi cukier wysypie go pięć razy i jeszcze zanim posprząta moja kawa nie będzie się do niczego nadawać. Westchnąłem i założyłem już jedną rękawiczkę kiedy mój telefon wydał z siebie charakterystyczny dźwięk mówiący o przyjściu SMS'a. Wziąłem komórkę do dłoni i odblokowałem go.

5 lis 2019

Od Althei C.D Bellami

Gorące powietrze okrywało nasze ciała tak szczelnie, jak Bell ogarniał mnie w uścisku. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że wiązałam jakiekolwiek głębsze uczucia z tym, co właśnie się wydarzyło. Ale jedno musiałam przyznać — czułam się z tym cholernie dobrze. Z tym, że opuściła mnie niewygodna, doskwierająca frustracja. Że pierwszy raz od dawna coś tak przyjemnego rzuciło cień na wszystkie problemy i rozterki. Chwilowa euforia pochłonęła mnie do tego stopnia, że bez dozy wahania przytuliłam się do klatki mężczyzny, zataczając palcem kółka na jego umięśnionej piersi. Panujący w pomieszczeniu półmrok sprawił, że w tym miłym położeniu stałam się okropnie senna. Dłoń głaskała mnie bezustannie po plecach. Kilka chwil później, dając upust zmęczeniu, ziewnęłam i przymknęłam leniwie oczy.

29 sie 2019

Od Althei C.D Bellami

O Hangagogu mogłam wiele powiedzieć. W każdym razie nic konkretnego — w końcu marne paręnaście godzin rozprawiania z nim o Bellu nie dawało mi od razu szansy na przejrzenie go na wylot. Byłam jednak pewna tego, że żył i miał się dobrze, jego szyja nie zsiniała ani nie był blady, wbrew temu wszystkiemu, co widział Bell podczas swoich odlotów od normy. Nie decydowałam się także na to, żeby przesadnie spoufalać się z obcym facetem i wprawdzie oboje ograniczaliśmy się do mało osobistych tematów.
Minęło naprawdę sporo czasu, zanim nasza naćpana śpiąca królewna zwlokła się z łóżka, a jak już się zwlekła, wyglądała znacznie lepiej niż wcześniej, choć nadal nie idealnie. Na jego skórze rozciągały się głębsze rany po szkle, a w kąciku ust dalej widniała krew, która musiała poprzednio ulatywać z wewnętrznej strony policzka. Ważne, że żył i może drugi raz pomyśli, zanim przedawkuje. Może tacy w ogóle nie myślą. Nie wiem.

29 lip 2019

Od Althei C.D Bellami

Nie rozumiałam niczego, czego byłam świadkiem. Lustro roztrzaskane na setki małych odłamków. Krew na pięści, krew na nogach, w oczach zasiana panika i najczystszy strach, jaki kiedykolwiek widziałam w życiu. Bell płakał. On naprawdę płakał. Był to tak rzadki widok, że sama siebie posądziłam o omamy wzrokowe. Ale nie. To zupełnie realna prawda. Aż głos ugrzązł mi w gardle, sprawiając, że nie mogłam wydusić z gardła ani słowa.
„Nie widzisz tego?”, przypomniałam sobie pytanie i pojawiło się kolejne „co miałam widzieć?”. Omiotłam wzrokiem wannę, potem zamknięte okno. W odłamkach lustra, w które tak uparcie się wpatrywał, nie odnalazłam niczego niepokojącego. Chyba że chodziło o sam fakt, że jego pięść rozbiła mi lustro — to już było niepokojące. Psychotropy jednak robiły i zawsze będą robić swoje. Tydzień czasu siedziałam w zupełnym odosobnieniu od Bellamiego, ale zaledwie pojedyncze spojrzenie na niego uświadomiło mi, że jedna rzecz się nie zmieniła. Bell nadal coś brał. A może sam był tak psychicznie chory, że psychotropy przynosiły mu ukojenie? Do żadnej sensownej konkluzji jeszcze nie doszłam. Nawet spory czas znajomości nie pozwalał mi uchylić z tej niewyjaśnionej osoby choć rąbka tajemnicy.

13 cze 2019

Od Althei C.D Bellami

Pizza była zupełną odmianą od tego, co rzucali mi w zamknięciu. Ta, cokolwiek, co widziałam teraz w lodówce, było stokroć lepsze niż resztki, które dalej powodowały w moim gardle prawdziwy odruch wymiotny. Dlatego sosy nie miały teraz znaczenia. W sumie nic nie miało. Nawet to, że zaraz przypadkiem mogę zacząć pałaszować karton i dalej będzie mi towarzyszył głód. 
Dobra, ten karton to przesada.
W ciszy kontynuowaliśmy posiłek, nie oczekując od tej przyjemnej chwili niczego więcej. Przy telewizorze, który wprawdzie robił cały hałas, skończyliśmy drugie opakowanie pizzy. Dopiero w późnym momencie mój żołądek był na tyle pełny, że niemal zrobiło mi się niedobrze od takich ilości wchłoniętego fastfooda.
- Niedługo zrozumiem, że to był wielki błąd. — Strzepnęłam z dłoni resztki okruszków ciasta. — Wielki.
- Że pizza?
- No.
- Zasłużyłaś — skwitował, chowając w buzi ostatni kęs. Potem podniósł się, by wynieść kartony. Zerknęłam wówczas na jego opatrunek, stwierdzając w głowie, że nie wyszedł mi wcale tak źle. Może powinnam pójść w stronę pielęgniarstwa, a nie sportu?

5 maj 2019

Od Althei C.D Bellami

Roztrzęsienie, strach czający się w każdym zakątku umysłu i przypominające o sobie zagubienie. To wszystko pokryła niezmierzona ulga oraz spokój, które chciałam zatrzymać najdłużej jak tylko się dało. Modliłam się, by żadne dźwięki dobiegające z ciemnego wnętrza korytarza nie zburzyły mojego względnego bezpieczeństwa. Z trudem posuwałam się do przodu po długich, betonowych schodach, które sprawiały, że moje wyduszone z sił mięśnie zaczęły palić niczym żywym ogniem. Pościeranymi dłońmi wspomagałam się przy ścianie, byleby nie spaść i nie sturlać się, bo to doświadczenie nawet w mojej głowie wydawało się zbyt bolesne, pomimo tego, co udało mi się już przetrwać.
Przyspieszałam bezustannie, chcąc być na górze jak najszybciej, i na ostatnim schodku, kiedy podbiegła do mnie pewna postać, niemal padłam na beton ze stłumionym jękiem.
- Mam cię — odezwał się kobiecy głos, kiedy nieznana ręka skutecznie podtrzymała mnie na gruncie.  Moje nogi otrzymały wtedy nieznaczny zastrzyk energii, dzięki któremu byłam w stanie ruszyć dalej. — Idziemy prosto do samochodu, dasz radę.
- Dam radę — powtórzyłam, ale bez przekonania.
- Bell nadal w środku? — Obie zbliżałyśmy się do wyjścia. Ani po ludziach, ani trupach, nie było już śladu. Tylko ta niezakłócona cisza.

11 kwi 2019

Od Althei C.D Bellami

     Cisza trwała zbyt długo. Pustka zresztą też. Ciemność zdawała mi się być nieprzenikniona, a powolne kapanie kropli z sufitu na posadzkę było dźwiękiem kompletnie nie do zniesienia. Minuty, godziny, może dni. Mała, wisząca lampka świeciła się tylko przez minutę, kiedy drewniane drzwi otwierały się, wpuszczając do środka jeszcze większy chłód. Niemrawy wzrok dostrzegał wówczas niewyraźne prześwity rzeczywistości, czarną sylwetkę stawiającą talerz z jedzeniem, który lądował w moim wyczerpanym żołądku zupełnie po ciemku. Ale dawali czasem tylko jedną szklankę wody i ogołacali z nadziei, że nadejdzie coś więcej. 
     W głowie rosło zagubienie. Świadomość porzucenia. Przestawałam nawet liczyć na to, że jakakolwiek przyjazna twarz zawita do tego miejsca opuszczonego przez Boga. Nadal myślałam intensywnie o siostrze, która teraz została sama — chyba jedynie ta myśl odpędzała mnie od popadnięcia w totalne szaleństwo spowodowane brakiem jedzenia, samotnością i pustką. W końcu, choć nie wiedziałam dokładnie, który dzień musiał minąć ani godzina upłynąć, drzwi rozchyliły się znacznie agresywniej niż zazwyczaj. Na suficie rozbłysła ta jedna, osamotniona żarówka, kując mnie niebywale w oczy swoim blaskiem. 
     Kiedy otworzyłam usta i próbowałam wydrzeć z gardła jakiekolwiek słowo, na drodze stanęła mi wielka susza. Najpierw nastało ciche chrypienie, potem poczułam, jakby jedna strona gardła najzwyczajniej w świecie oddzielała się od swojej powierzchni. Bolało jak cholera. Piekliło się i nie zamierzało szybko przestać.
     - Dlaczego to robicie?
     Liczyłam na odpowiedź. 
     Rosły facet tylko stanął przede mną i kopnął w jedyny talerz, który po spotkaniu z butem trafił w ścianę z głośnym hukiem. Odruchowo skuliłam ciało, unosząc jedynie głowę ku górze, by ostatkiem sił spojrzeć na swojego oprawcę.

9 sty 2019

Od Althei C.D Bellami

     Do pewnego czasu zdawało mi się, że to była Lucia. Moja siostra i to bez najmniejszego śladu wątpliwości. Z biegiem wydarzeń jednak coraz bardziej traciłam te wrażenie, a oczy przebijały się przez mgłę otumanienia i zauważały Bella. Wszystko stało się jasne, gdy poczułam ciepło jego warg, które bez krzty protestu postanowiłam okryć moimi. Teraz zmysły ogarnięte jeszcze sporym odurzeniem pomiatały mną niczym marionetką, czyniąc mnie podatną na najmniejszy męski dotyk, dający mi ogrom przyjemności.

9 gru 2018

Od Althei C.D Bellami

- Co było w tej kawie? Obraz mi miga i mam mroczki. ― Cudem zdołałam mu opisać otaczający mnie świat, który zasłonięty był czarnymi, głębokimi otchłaniami, natomiast gdy tylko udało mi się zobaczyć coś więcej, obraz zniekształcały migające elementy. To był koszmar. Powinnam się bać, zalały mnie poty, ale mój umysł nawet nie przyswajał podstawowych emocji. Rejestrowałam tylko nagłe podskoki endorfin, które wymuszały na moich ustach nieuzasadniony uśmiech.
     - Nie chcesz wiedzieć. Oj, to dopiero początek, księżniczko ― powiedział, odjeżdżając z miejsca. Zacisnęłam powieki, czując jedynie jak grunt pod kołami ulega niedużym zmianom.
     - Może ty jesteś narkomanem? ― Uniosłam brwi i spojrzałam na niego. Jego twarz zafalowała zabawnie, przez co wybuchłam ogromnym śmiechem, dokładnie tak, jakby znikąd dziesiątki par rąk łaskotały mnie w stopy i brzuch.
     - To były leki ― odrzekł wymijająco.
     - Od czegoś każdy narkoman zaczyna! Nie wiedziałam tylko, że jesteś na tyle bystry, żeby dosypywać to sobie do kawy.
     Bellami westchnął, dochodząc zapewne do wniosku, że rozmowa z odurzoną dziewczyną raczej nie prowadzi do życiowej puenty. Przez cały ― bo tak mi się zdawało ― kwadrans jazdy, zachowałam względny spokój, zatapiając spojrzenie na przewijającej się ulicy. Biegał po niej tabun szczurów czy też myszek podążających za radośnie kicającym grajkiem, którego flet był tak długi niczym nos kłamiącego Pinokia. Kolorowe melodie jak magiczne, zasilane radością wróżki przemieszczały się między każdym pojedynczym zwierzątkiem.
     - Jestem senna ― oznajmiłam mu, nie powstrzymując nawet ziewnięcia.
     - To dobrze, szybciej pójdziesz spać i nie będę musiał za tobą ganiać ― mruknął, wysiadając z auta i za moment bez wahania wyciągnął mnie z samochodu.
     Latałam! Jak ptaszek!
     Rozłożyłam ręce, śmiejąc się w głos, a wzrok Bellamiego tylko wędrował od punktu do punktu, jakby właśnie zastanawiał się, czy ktoś znajduje się w pobliżu. Mężczyzna wprowadził mnie do znajomego pomieszczenia, które teraz pulsowało różnorakimi barwami, uderzającymi w moje nazbyt wrażliwe oczy.
     - Nie wiedziałam, że masz tu tyle neonów!
     - Neonów? ― Zmarszczył brwi, wchodząc gdzieś po schodach, coraz wyżej i wyżej. Lecieliśmy do nieba?! ― Ugh, jest chyba coraz gorzej.
     Kopniakiem uchylił drzwi, wchodząc wgłąb niedużego pokoju gościnnego. Panowała w nim nieprzebita ciemność, dopóki nie usłyszałam cichego „pstryk”, wówczas światło rozbłysło jasno na suficie. Po jednolitych, szarych zasłonach zsuwały się małe ludziki, ściskając swoje małe łapki na materiale.
     - Nie mogę z nimi spać ― oznajmiłam, gdy już postawił mnie na podłogę.
     - Że z kim? ― Rozejrzał się w konsternacji dookoła, chyba już będąc zupełnie zmęczonym moimi schizami. A może to była rzeczywistość? Małe ludziki nieznośnie chichotały pod nosem i chwilę potem dostrzegłam miniaturowe ognisko rozpalone w ciemnym kącie pomieszczenia. Jednego małego wojownika nadepnęłam.
     Ale się rozbryzgał. 
     - Z tymi krasnoludkami ― odparłam, jakby było to najbardziej oczywiste stwierdzenie na świecie. ― Bell, ty mój głupi, stary przyjacielu ― zaczęłam się niekontrolowanie śmiać, klepiąc mężczyznę zamaszyście po ramieniu.
     - Znamy się ledwo tydzień.
     - Tydzień to prawie jak rok. Więc jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. ― Jeszcze raz go szturchnęłam. Z tym ruchem popchnął mnie na łóżko, po czym zgasił światło i zapalił jedynie lampkę, która dawała blade światło.
     - Lepiej idź spać, chyba, że chcesz, żebym cię tu przywiązał.
     - Zboczeniec. Idź już, bo nie mogę na ciebie patrzeć. ― Nie przestawałam chichotać i się śmiać. Padłam bezwładnie na łóżko i z głośnym, zmęczonym westchnieniem zamknęłam oczy. Przed powiekami nie widziałam żadnego farmazona, który ściągnąłby mnie sen z powiek i już wydawałoby się, że ta noc minie zupełnie normalnie.
     No właśnie, wydawałoby się.
     Kiedy tylko Bell zamknął drzwi i zniknął mi z oczu, zyskałam jeszcze więcej energii, niż wcześniej. Dźwignęłam się z łóżka prosto na nogi, krążyłam po niedużym pomieszczeniu. Ani śladu po małych ludzikach tańczących przy ogniu. Zasłony też były bez najmniejszego zmięcia, które stworzyłyby miniaturowe rączki. Za drzwiami ciągle jednak rozbrzmiewał cichutki, ledwo słyszalny dźwięk stóp, jaki niszczył całe moje skupienie.
     Długo nie zdołałam utrzymać się w stanie spoczynku. Zdjęłam przy okazji bluzę, gdyż oplatała moje ciało szczególnym gorącem. Wręcz oddychałam głośniej, byleby wpuścić do organizmu kłąb świeżego, zimnego powietrza. Dyskretnie wyszłam z pokoju. Bezszelestnymi krokami poruszałam się po nieznanym domu, prowadzona cieniami wypełniającymi zewsząd korytarz. Po każdej stronie znalazłam różne pary drzwi.
     Jestem Alicją z Krainy Czarów! Stłumiłam głośny chichot dłonią, by nie zbudzić właściciela posiadłości, i podskoczyłam radosna w miejscu. Ciekawskim spojrzeniem omiotłam otoczenie w poszukiwaniu stolika z substancją zwiększającą i zmniejszającą oraz kluczem, jednak oprócz drewnianych drzwi i innych zalanymi kolorami tęczy nie było tam niczego więcej. Wybrałam te, które wydawały się najbardziej barwne i bez śladu wahania wbiłam do środka. Otoczył mnie spory, ładny pokój, oświetlony wyłącznie światłem księżyca przekradającym się przez rozwarte okno. Na gwieździstym niebie błysnął pegaz z błyszczącym rogiem, który pomachał mi swoim kopytem.
     - Alt? ― Moją uwagę przyciągnął dziewczęcy głosik. Przesunęłam spojrzenie na obszerne łóżku, dostrzegając, jak na poduszce leżała moja siedemnastoletnia siostrzyczka. Na jej widok mój uśmiech poszerzył się wielokrotnie.
     - Nie spodziewałam się tu ciebie, kochanie! ― Skocznym krokiem dobiegłam do łóżka, zajmując miejsce na jego skraju.
     Osoba na materacu podwinęła się, jakby zaniepokojona.
     - Hej, nie ma się co mnie bać! Szukałam cię. Przecież zawsze śpimy razem! ― Wślizgnęłam się pod jej kołdrę, doczołgałam się aż do poduszki, od razu czując ciepło bijące niesamowicie od jej ciała. Za moment moja głowa ułożyła się na przyjemnym materiale. Mogłam z pomocą podniebnego światła zatopić uwagę w jej cudnych, błękitnych oczkach.
     - Alt… ― zaczęła niepewnie, jednak nim zdążyła wymówić jeszcze więcej, zagarnęłam ją w czuły, siostrzany uścisk. Jej twarz przytuliła się do moich piersi.
     - Shh. Nic nie mów. Wiem, że nie jestem idealną siostrą ― szepnęłam. ― Wiem, że często cię zostawiam. Jesteś dla tego świata za cenna! Było ciężko, zdaję sobie z tego sprawę, często nie mieliśmy kasy, stwarzało się dużo problemów… Moja mała, kochana… ― Pogłaskałam ją delikatnie po policzku, pod dotykiem wyczuwając lekkie drapanie. Powinna zacząć się golić, jeśli problem był taki zaawansowany.
     - Ale Alt...
     - Weź się przytul i nic nie mów! ― Przeniosłam dłonie na jej plecy oraz poklepałam pocieszająco. Wówczas dziewczyna bezwstydnie zacisnęła palce na moim pośladku, co spowodowało, że zaczęłam się głośno śmiać. ― Ej, ale tę rękę zabieraj, ty mała łobuziaro! Jak ja cię kocham, to sobie nie wyobrażasz, wiesz? ― Z moich płuc wyrwał się niewyraźny, stłumiony szloch. Bezustannie zamykałam ją w swoim uścisku, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że nieźle mogę pozbawić jej powietrza. Uzupełniały mnie całe pokłady siostrzanej miłości, które oczywiście chciałam w nią władować.
     Byłam taką dobrą, a jednocześnie złą siostrą.

[Bellami? XDD]
Lucia = Bellami

+10PD

26 lis 2018

Od Althei C.D Bellami

     Te miejsce napawało mnie ogromnym niepokojem. Z trudem przyjmowałam świadomość, że za każdą ścianą spoczywają martwe, rozkładające się ciała ― niektóre nawet potraktowane w szalony, wręcz nieludzki sposób, o czym myśl aż jeżyła mi włosy na ciele. Bell już miał wychodzić ze mną z kliniki, ale następna chwila zmieniła te plany. Mężczyzna zatrzymał się, nagle mówiąc, że musi zrobić sobie kolejną kawę na drogę. Odniósł się do tego jak do konieczności. Skinęłam więc głową oraz zaczekałam przy recepcji, przy której stał Tymon, bo na takie imię wskazywała tabliczka na jego piersi.
     - Więc… znałaś gościa? Słabo skończył ― zaczął cicho.
     - Słabo? ― Uniosłam brwi, zaskoczona tym znacznie łagodnym stwierdzeniem. ― Skończył okropnie. Musieli go nienawidzić. I owszem, znałam go, był kelnerem w lokalu naprzeciwko baru Ritz-Carlton ― wyjawiłam bez większego wzruszenia. Tamten chłopak nie siedział mi w głowie nawet najmniejszym wspomnieniem, przez co trudno było mi o jakiekolwiek emocje. Wplątał się w jakieś gówno i źle skończył, krótka piłka oraz morał, by nie wchodzić za czerwoną linię.
     - Kelner? ― Nieco się zdziwił, opierając łokcie o płaszczyznę blatu. ― W życiu nie posądziłbym zwykłego kelnerzynę o udziały w lewych sprawach…
     Uśmiechnęłam się na te słowa.
     - Tacy są niepozorni. Słyszałeś ostatnio o tym, że to taksówkarz okazał się mordercą? ― spytałam. ― Niebezpieczeństwo czai się wszędzie.
     - Jasne. Ta sprawa do dziś nie ucichła.
     Rozległ się większy hałas, który przywodził na myśl ocieranie się stali o stal. Głucho coś zabrzęczało, aż zza progu korytarzem ruszył stolik na kółkach pchany przez jednego z tutejszych pracowników. Ciało ułożone na nim zostało zakryte białą płachtą od góry do dołu; jedyne, co przyciągnęło moją uwagę, to wystająca siwa, martwa stopa, do której przywiązany był dzwoneczek. Stół zaraz przemknął do kostnicy.
     - Dreszcze mnie biorą, jak to widzę ― odezwał się Tymon.
     - Boisz się martwych ciał? ― Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, jaki był sens jego pobytu tutaj.
     Poluzował nieco uścisk niewielkiego krawata i uśmiechnął się słabo, jakby już niejednokrotnie słysząc te pytanie.
     - Obrzydzają mnie.
     - A po co im te dzwonki przy stopach? ― Nie mogłam powstrzymać swojej ciekawości, na co Tymon nieznacznie się skrzywił.
     - To najgorsza rzecz w tym miejscu, uwierz. Zakłada się je świeżym ciałom. Wiesz, na wszelki wypadek.
     - Nie gadaj, że… ― zaczęłam z niedowierzaniem, a dreszcz zaniepokojenia obleciał mnie całą w ciągu jednej sekundy. Tymon ubiegł moją odpowiedź i skinął głową bez wahania.
     - Dokładnie. W razie, gdyby ktoś jednak nie umarł, a przebywałby w kostnicy. Ale to rzadkie przypadki, nie martw ― wyjaśnił.
     Bellami na szczęście przerwał tę rozmowę, która stawała się dla mnie wyjątkowo niewygodna, choć sama ją zaczęłam. Ciemnowłosy postawił kubek z kawą przy recepcji i nachylił się nad blatem, chcąc spojrzeć na Tymona.
     - Tymon, daj klucze do sali czterdzieści dziewięć. Zapomniałem czegoś ― powiedział, a recepcjonista natychmiast wykonał jego polecenie. Spodziewałam się wyjść paręnaście minut temu. Ta ponura i wręcz grobowa atmosfera kliniki sprawiała, że bez dobrego uzasadnienia mój humor się pogarszał. Mimowolnie chwyciłam za kawę Bella i upiłam sporego łyka, krzywiąc się szybko od mocy napoju. Moją jamę ustną ogarnął dziwny smak, który jednak bez wahania zignorowałam.
     Mijały minuty.
     Potem kolejne.
     Znikąd zaczęły uderzać we mnie podmuchy gorąca. Przez niedługi czas w mojej głowie mrowił drażliwy ból, odczuwałam także lekkie wirowanie, ale te dolegliwości zniknęły równie szybko, co się pojawiły. Spojrzałam na Tymona zajętego uzupełnianiem jakichś papierów. Potem na zegar, którego wskazówki zmroziły się w bezruchu.
     Coś mi nie grało. 
     Przetarłam oczy, po czym jeszcze raz rozejrzałam się z konsternacją po holu. Rozbrzmiało nagle ciche dzwonienie dzwonka. Dosłownie raz, a zmroziło mi krew przetaczającą się dotychczas w labiryncie żył.
     - Tymon, słyszałeś to? ― Zmarszczyłam brwi, pełna nadziei, że nie zwariowałam.
     - Co takiego?
     - Dzwonek… ― W moim głosie rozległa się powaga, ale recepcjonista nie potraktował jej w odpowiedni sposób. Przypatrzył mi się chwilę i zaśmiał się pod nosem beztrosko.
     - No nieźle próbujesz mnie wystraszyć, ale to ci się nie uda ― mruknął tylko i wrócił do swoich papierów, które zdawały się być dla niego niczym azyl przed całym mrokiem tego miejsca. Ignorując chłopaka, ruszyłam prostym korytarzem. Jarzeniówki umiejscowione w szeregu nade mną zaczęły migotać, prowadząc mnie jednocześnie między ścianami.
     Dzwonek znów zadzwonił. Tym razem był to znacznie wyraźniejszy dźwięk, napawający mnie strachem i wypierający wszelkie pozytywne emocje.
     Znowu zadzwonił. 
     Ciepło, zimno, ciepło, ciepło, ciepło. Z każdym przemierzonym krokiem moje ciało drżało coraz bardziej, nie wiedząc, czy to z przerażenia czy też ciekawości, która pokierowała mnie aż tutaj. Kiedy pociągnęłam za drzwi do kostnicy, jedna jarzeniówka wybuchła raptownie, czemu zawtórował mój cichy pisk. Jasność niemal całkiem wygasła, zostawiając resztę korytarza w częściowym mroku. Nie wiedziałam, co mnie ciągnęło do wnętrza pomieszczenia. Ilekroć mój umysł protestował, dziwna siła pchała coraz dalej, aż nie zniknęłam za progiem już w pełnej ciemności.
     Serce mi się szarpało, w duchu modląc się, by nie usłyszeć kolejnego dzwonka. Głos w głowie krzyczał oraz wzywał do ucieczki, ale ja stałam dalej w kostnicy, chcąc rozwiać wszelkie swoje wątpliwości. Dłonią błądziłam po ścianie i usłyszałam tylko ciche pstryknięcie, gdy rozbłysła jasność, ukazując mi to, co było wewnątrz. Przed oczami zaledwie mignęła mi sylwetka niczym z horroru ― blada, trupia cera, zapadające się poszarzałe policzki. Sine usta, które były dotkliwie nadgryzione. Dwoje martwych, pustych oczu, wpatrujących się we mnie tylko ułamek sekundy, a budzących we mnie nagły i nieodgadniony strach.
     Kurwa, kurwa, kurwa!
     Rozległ się tylko mój głośny krzyk, kiedy oślizgłe, martwe ciało upadło na mnie i przykuło do podłogi. Szarpało moje ubranie i dobierało swoje chude palce do gardła, nie bacząc na energiczną szarpaninę, jaką się broniłam. Serce niemal wyrywało się z mojej piersi, a umysł pogubił się w rzeczywistości. Gardło zdzierało się do tego stopnia, że głos wkrótce urwał się jak nożem uciął.
     A wszystkiemu towarzyszył uporczywy dźwięk dzwonka, który pragnęłam wyrzucić z głowy jak najszybciej.
     Niech ktoś mi pomoże… 

[Bell? xD]

28 sie 2018

Od Althei C.D Bellami

Z każdą kolejną chwilą, w której Bell kroczył po moim mieszkaniu, czułam jeszcze większe wyrzuty sumienia. Wznosiłam modły, żeby tylko nie palnął czegoś skrajnie głupiego, a tu co? Chuj, nie podziałało, bo miałam ochotę przywalić mu w twarz już za idiotyczne pytanie o deserze. Najgorszy był osowaty, zdziwiony wzrok Lucii, która po tym jego „Aniołku mój, przedstaw mnie” mogła sobie pomyśleć masę rzeczy, oczywiście bez pokrycia z prawdą. Wystarczyło jednak spojrzeć na Bella, raz czy dwa, by wiedzieć, że jest dosyć… specyficznym człowiekiem. Któremu po prostu nie wierzy się na słowo.
- Nie będzie białego deseru – zaczęłam mu tłumaczyć z taką emfazą, jakbym miała przed sobą małe dziecko, tylko że z elektrykiem w ręku. – Ani żadnego innego. A tu nie palimy. – Gdy tylko włożył to świństwo do ust i zaciągnął się, natychmiast sprawnie mu to stamtąd wyjęłam. Potrzymałam jeszcze chwilę w dłoni i mimo iż urządzenie miałam przed sobą pierwszy raz, bezproblemowo je wyłączyłam. Bell rzucił mi pełne pretensji spojrzenie, na które tylko zareagowałam nieco dominującym wzrokiem mówiącym „chciałeś coś jeszcze powiedzieć?”.
- Złość piękności szkodzi. – Uśmiechnął się pod nosem i chyba się poddał, przynajmniej tak myślałam, dopóki na małą chwilę nie zbliżył się i nie wyszeptał mi słów. – Jak wspomniałem, nie będziesz dominować, więc się nie przyzwyczajaj, aniołku.
- Proszę cię… – odparłam nad wyraz prowokująco i odwzajemniłam mało przychylne spojrzenie.
- A teraz wybacz, muszę się zabawić przed obiadem. Nie spiesz się z nim za bardzo. – Po jego wyrazie twarzy nie mogłam nawet stwierdzić, czy żartuje czy jest w stu procentach poważny. Wodziłam wzrokiem za jego oddalającą się sylwetką. Znajdował się coraz bliżej mojej siostry, czy tego chciałam czy nie, i już wtedy wiedziałam, że to będzie naprawdę trudne popołudnie.
- Mam cię na oku – warknęłam cicho, nie troszcząc się nawet o to, że bez problemu mógłby mnie usłyszeć. I, jak się okazało, usłyszał, bo z jego ust lada moment uleciały kolejne słowa.
- A kto by nie miał, jestem wspaniały. I zajebisty.
Jeśli planował coś w związku z moją siostrą, to przysięgam, że to będzie jego ostatni obiad w życiu. Przewróciłam niezauważalnie oczami i wyjęłam zupełnie losowe składniki z lodówki oraz szafek. Standardowo dzień po wypłacie były dosłownie przepełnione organicznymi, zdrowymi rzeczami, na jakie zdecydowanie leciałam jako aspirujący trener. Pełnoziarnisty makaron, świeża cukinia i chłodzący się wcześniej w lodówce kurczak – tylko spojrzałam na te trzy rzeczy, by wpaść na pomysł, że dzisiaj kolorowa mieszanka przypraw, warzyw i mięsa zaszczyci stół. Bell miał ogromne szczęście, wpadając akurat tego popołudnia.
- Lucia, znalazłam ci korepetytora z biolki. Powinien się przydać. – Uśmiechnęłam się pod nosem. Siostra spojrzała szybko na Bella, bez większego przebłysku zaufania, i pokazała mu jeden z zeszytów.
Nie przejmowałam się aż tak jego obecnością. Mężczyzna wydawał się grzeczny, póki oczywiście patrzyłam i trzymałam w ręku dopiero co zaostrzony nóż. Kroiłam nią pierś z kurczaka na drewnianej, poharatanej już nieco desce i zerknęłam, słysząc ten charakterystyczny, bellamijski szept, który znaczył chyba zbyt wiele jednocześnie. „Może pouczymy się w twoim pokoju, słonko?”, to właśnie zrozumiałam, gdy pochylał się nad moją siostrą, otoczoną zeszytami na kanapie. Zaparł się łokciami o oparcie, a uśmiech, jaki rozświetlił jego twarz, natychmiast sprawił, że w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka.
- Nie – wtrąciłam się ostro. Oboje obdarowali mnie zniesmaczonym wzrokiem. – Uczycie się tu, na moich oczach. – Mój głos nie znosił sprzeciwu. Bell jednak posłał mi swoje cwane spojrzenie, dzięki któremu wiedziałam, że będzie próbował mnie zdenerwować. Oj, żebym to ja nie próbowała zdenerwować jego.
- Łatwiej uczyć się we dwójkę, wtedy łatwiej się z kimś skupić. Poznać też. A ja lubię się poznawać, najlepiej od wewnątrz. – Zamknął się, gdy ostrze noże skierowało się w jego stronę. Dzieliły mnie sekundy, by wykopać go z mieszkania, ale siostra najwyraźniej jakoś stabilizowała moje zirytowanie.
- Nie panikuj, Al – odezwała się Lucia.
Miałam ochotę zwyczajnie powiedzieć jej, że nie ma bladego pojęcia, na kogo trafiła, ale zdecydowałam się nie oceniać Bella z góry i nie wyprzedzać faktów. Z cichym westchnieniem wróciłam do krojenia jedzenia, a korzystając z wolnej ręki, odpaliłam także patelnię.
- Ile się tak właściwie znacie? – ponownie dopadł mnie zastanawiający głos dziewczyny.
- Będzie… ze dwa dni? – Zmarszczyłam brwi, pogrążając się tak bardzo we własnych rozprawieniach, że nie skupiłam się na wykonywanej robocie i poczułam, jak ostrze noża nagle nacina moją skórę. Z moich ust wyrwało się ciche syknięcie.
- Pocałować? Potem mogę gdzie indziej – dodał Bell i spojrzał się z uśmiechem, siadając na kanapie obok Lucii. Przewróciłam oczami.
- To nie będzie konieczne – rzuciłam.
W trakcie, gdy przeszukiwałam szafki z nadzieją, że znajdę plaster, mężczyzna otworzył jeden z zeszytów i zaczął czytać. Wraz z jego powolnie przesuwającym się po treści wzrokiem, jego czoło marszczyło się jeszcze bardziej.
- Steki bzdur. Chyba będę musiał tłumaczyć ci wszystko od nowa. – Posłał mojej siostrze nagłe spojrzenie. – Dogłębnie i od podstaw.
- Nie macie czasu na uczenie się od podstaw. – Odetchnęłam, krojąc cukinię w ćwiartki. – Niedługo obiad.
- Ja dam radę to zrobić szybko. Lubię naukę – odparł chyba pierwszy raz od dawna bez żadnych wyraźnych podtekstów.
- Dobra, ale nie przesadzaj z dokładnością.
- To biologia, trzeba być dokładnym. Wytłumaczę jej wszystko tak szybko, że może nawet starczy czasu na prezentację paru rzeczy. – Uśmiech rozrastający się na jego twarzy przyciągnął mój podejrzliwy wzrok chyba bardziej niż błysk przebiegający jego oczy. Cholera, kogo ja wpuściłam do domu.
Wiedząc jednak, że dopóki tu jestem, nic złego nie może się stać, po prostu odwróciłam się plecami do nich i w pełni skupiłam się na przyrządzeniu wszystkiego z chirurgiczną precyzją. Wsłuchiwałam się długimi minutami w tłumaczenia Bella, które mimo że były ciekawie opowiedziane i jak najbardziej poprawne, ociekały nieraz taką sprośnością, że tłumiłam w sobie chęć wylania wrzątku na jego głowę. Przez głowie nawet raz przebiegła mi myśl, że to ja byłam ta zła. Może naprawdę powinnam mu delikatnie odpuścić?
- I co, rozumiesz? – spytał Bell, rozkładając się wygodniej na kanapie. – Mam cię przepytać?
Lucia pokiwała głową. To były dosłownie dwa kwadranse czystej, nieprzerwanej nauki, a moja siostra na każde pytanie swojego korepetytora odpowiadała wręcz śpiewająco, bez żadnego wahania w głosie. Otwarcie powiem, jego obecność się przydała. Powoli przekładałam jedzenie na trzy talerze, uważając, by się nie sparzyć i wolną ręką wyjęłam sok z lodówki.
- Brawo – skomentowałam krótko nauczanie mężczyzny. – Byłeś taki grzeczny, że może nawet dostaniesz ten deser. – Mój głos wręcz przesiąkał podtekstem, ale tak naprawdę chodziło mi po prostu o loda czekoladowo-śmietankowego, który już od dobrych paru dni stał nienapoczęty w zamrażarce.


[Bell? XD]

+20PD

14 sie 2018

Od Althei C.D Bellami

    Dziwne ślady na nadgarstku Bella wydawały mi się do tej pory najdziwniejszą rzeczą, jaką ujrzałam, będąc w jego domu. A przynajmniej w tej chwili mnie tak nie zainteresowało, kiedy równocześnie podświadomość wręcz krzyczała, żebym zmieniła swój obiekt zainteresowania. Garda. Te słowo zadźwięczało mi znajomo w głowie, ale było tak stłumione, jakby znajdowało się za grubą warstwą ściany. Uczęszczałam na zajęcia bokserskie w szkole tylko pierwszy rok, a ponadto moje obecności zdarzały się raz na ruski rok. Zatem prześledziłam wzrokiem pozycję Bella i zaraz ją skopiowałam, słysząc ostrzejszy niż zwykle głos. Poszłam za poleceniem i uniosłam ręce do góry, z czego prawa znajdowała się tuż pod brodą, a lewa obok ucha.
    - Uderz w swoje lewo, a mój prawy bark i wróć do pozycji wyjściowej. – Przetworzyłam to, co mi powiedział i w głowie miałam już zaplanowany ruch, gdy znów rzuciło mi się w oczy parę blizn rozciągających się na jego skórze. – Nie zapomnij o nogach. Lewa idzie do przodu i doskakuje do niej prawa, która powinna być zawsze dalej niż lewa. Rozumiesz?
    - Rozumiem, trenerze. A jak cię zaboli? – spytałam, podnosząc kąciki ust w nieznacznym uśmiechu. Mężczyzna chyba zauważył, że mój wzrok co chwila spadał tam, gdzie nie powinien. Na nadgarstek, zboczeńcy. 
    - Uderz. Nie bój się, aniołku.
    - Za te „aniołku” z chęcią uderzę. – Korzystając z tego, że mogę wymierzyć cios bez żadnych konsekwencji, zamachnęłam się krótko, wysuwając nogę do przodu, a moja ręka ruszyła w kierunku jego prawego barku. W głowie miałam tylko powrót do pozycji wyjściowej zaraz po zadaniu ciosu, ale można zauważyć gołym okiem moją dezorientację, kiedy wszystkie plany runęły wraz z zablokowaniem uderzenia.
    - Dobra, zrób to jeszcze raz.
    Zmrużyłam oczy, gdy jego blizny ponownie mignęły mi przed oczami. Byłam na tyle inteligentna, by stwierdzić, że się ciął. To tak cholerna słabość, kaleczyć własne ciało, że momentalnie z moich oczu ulała się cała ekscytacja tym treningiem. Odwaga, by przyłożyć nóż czy żyletkę i przesunąć nią po skórze? Też mi odwaga… Nazwałabym to po prostu wyjściem awaryjnym, ale takim, za którym rozciąga się mur z napisem „ślepa uliczka”. Tylko niektórzy nie są świadomi tego, co mogą zobaczyć zamiast tej tymczasowej ulgi.
    - Tniesz się? – Wbiłam w niego zaciekawiony wzrok, automatycznie ponawiając ruch, ale bez większego entuzjazmu, ot tak, po prostu niezainteresowana tym, czym trzeba.
    - Zapomniałaś o nogach. – Zerknął na nie surowym spojrzeniem.
    Zaczęłam napierać nowszymi ciosami, sprawiając, że mężczyzna, który nie chciał oddać kobiecie, po prostu zaczął robić kroki do tyłu i blokował wszystko, co dostałam.
    - To może się ciąłeś? – Zignorowałam uwagę oraz zapytałam o to samo, ale w czasie przeszłym.
    - Używaj głowy. – Zmierzył mnie spojrzeniem. – Nie atakuj tak bez sensu, bo możesz się na tym przejechać. – Jego oczy przesiąkły obojętnością, gdy obrzucałam go wszystkimi pytaniami. W najmniej oczekiwanym momencie poczułam nagły cios nogą w kostkę, przez co szybciej niż nad tym pomyślałam, wylądowałam plackiem na ziemi.
    Podniosłam się na łokciach, sycząc z bólu. Ledwo powstrzymałam ciekawy wzrok, który zaraz powodził za mężczyzną. Podszedł do sporego worka treningowego i przez dobry moment wpatrywał się w niego niczym w prawdziwą ofiarę. Nie odpuszczałam i nawet nie zamierzałam wstać, rozkoszując się tą perspektywą, z jakiej mogłam widzieć mężczyznę rozprawiającego się z nieruchomym przeciwnikiem. Przesunęłam wzrokiem po całej jego posturze i nietrudno było dostrzec znaczne napięcie mięśni.
    - Najpierw jakieś prochy, potem elektryk w czyimś oku – wymamrotałam. – Kim jesteś, Bell? – Te pytanie miało w sobie tyle głębokiego znaczenia co żadne inne.
    W odpowiedzi zaczął jeszcze mocniej uderzać w worek, czemu towarzyszył głuchy dźwięk. Nie pokusił się o żadne słowo, dokładnie tak, jakby odwetem były coraz silniejsze ciosy, które zaczynały mnie z wolna niepokoić. Jego żyły na rękach, ramionach i nogach napinały się do granic możliwości. Wstałam, doskoczyłam do worka i zatrzymałam go w locie. Bell, czując jak z zasięgu znika mu obiekt wyładowań, wybudził się z transu. Jego zdezorientowany wzrok spoczął na mnie.
    - Chodź na górę, bo Melissa wystygnie. – Mój głos nie był już aż taki wesoły. Knykcie mężczyzny poważnie zbielały od zaciskania dłoni w pięść. – Chyba ci się przyda. – Starałam się zbytnio nie przejmować tym, że to ja, a nie nikt inny doprowadził go do tego stanu. No przecież nie wiedziałam, że robię źle. Tak, w ten sposób to próbuj odpowiadać dziecku, Al. 
    Bell rozluźnił pięści.
    - Następnym razem wymagam więcej skupienia od swojej uczennicy. – Ostatni raz popchnął worek, podążając ze mną schodami w górę.
    - Następnym razem? – Na mojej twarzy mógł poczuć uśmiech, nawet go nie widząc. – Sugerujesz coś? – Spojrzałam przez ramię tylko po to, by odkryć, że mężczyzna tylko obdarował mnie przelotną uwagą i wzruszył ramionami.
    Lada moment już byliśmy w salonie. Zabrałam z parapetu dwa kubki Melissy i postawiłam na stoliku przed sofą, na której zaraz się rozłożyłam. W chwili obecnej to raczej Bell potrzebował tego uspokajającego zioła bardziej niż ja. Prawda była taka, że on od początku chodził jakiś niedoruchany. Objęłam naczynie dłońmi, czując parzące pod palcami ciepło i upiłam łyka. Moje słowa rozdarły ciszę niczym grot wirującej strzały.
    - Jeśli chciałbyś mnie później odwieźć… – zaczęłam niepewnie, podnosząc na niego wzrok – to może chciałbyś też zostać na kolację? To za to, że cię tak wkurwiam. Obiecuję przestać. – Rzuciłam mu delikatny uśmiech, a w mojej głowie rozgrywał się istny dylemat. Chaos. Wiedziałam, że pomimo każdej przeciwności powinnam w jakiś sposób wyrazić wdzięczność, choćby za uratowanie przed Darylem. Nawet w tak okropny sposób, jak wbicie w oko elektryka. – Inaczej nie potrafię się odwdzięczyć.

[Bell?]

10 sie 2018

Od Althei C.D Bellami

    Szok definiował całą mnie. Nie panowałam nad niczym. Dłonie mi się trzęsły, strach rozszerzał znacznie moje źrenice. On. Zabił. Kurwa. Człowieka. Byłam przy tym. A może jednak nie zabił? Cholera, w takim razie on leży i kona! Sortowałam te myśli w głowie, chcąc je jakoś ułożyć, ale za każdym razem czułam, jak wyimaginowany wiatr z powrotem rozrzuca mi je po całej możliwej przestrzeni. Uczucie dziwnego strachu z dozą niepokoju nie pozwalało mi nawet myśleć o uldze, która powinna być ogromna. Bell uwolnił mnie od długu i być może koniec moich kłopotów. To była wręcz motywacja, żeby nie pakować się w kolejne, wiedząc, że przy właściwym czasie i okolicznościach, ktoś mógłby stracić zdrowie.
    Zacisnęłam mocno powieki, chcąc jakoś przyjąć na siebie oczekiwany cios, lecz taki nie nadszedł. Zamiast tego pewna dłoń ułożyła się na moim policzku i pogładziła skórę, powodując, że przeszedł mnie dreszcz. Nie umiałam jednak powiedzieć czy strachu czy przyjemności. Zupełnie skuta prawie że prawdziwym lodowcem, przełknęłam ślinę tak głośno, iż ten dźwięk słychać było nawet w pędzącym aucie. I jeszcze te słowa. Nie skrzywdzę cię. Cholera, jak w ogóle mogłam w to uwierzyć, gdy wyobraźnia odtwarzała mi w głowie tylko jeden i ten sam obraz. Rozsunęłam powoli powieki, od razu łapiąc wzrok mężczyzny. Nawet nie byłam pewna, co tam dokładnie widziałam. Czując jego dotyk dłużej niż marne trzy sekundy, mój rozum zupełnie nie nadążył za umysłem. Ręką niekontrolowanie złapałam jego dłoń, która zamiast zniknąć z policzka, została przeze mnie pociągnięta tak, że Bell znajdował się jeszcze bliżej mojego całkiem przerażonego wzroku. Jedyne, co zaobserwowałam w jego spojrzeniu, to niewielki cień zdziwienia, wywołany moją reakcją.
    - Zabiłeś go? – Jęknęłam cicho, chowając wzrok i w tej samej chwili mój uścisk złagodniał, aż całkiem puściłam dłoń, którą sam potem cofnął. – Nie wiedziałam, że tak to się skończy…
    - Nie zabiłem. Czas może to zrobić. – Z powrotem ułożył się na przednim siedzeniu, a jego oczy odbiły się w lusterku. – Jebać go, przecież był w szpitalu, nie? Nie mów mi, że bardziej teraz przejmujesz się życiem tej małej kurwy.
    - Nie… – Zacisnęłam palce na nasadzie nosa, starając się zebrać jakiekolwiek myśli w całość. Byłam zmieszana tym wszystkim i zawarłam to dzisiaj w całej swojej postawie oraz słowach. – Po prostu… Boże, to wszystko jest takie…
    - Popierdolone? – Dokończył zdanie i dotarło do mnie głośne westchnienie dochodzące z przodu. – Tak, wiem, że trudno do tego przywyknąć.
    - Nie chce do tego przywyknąć. To było jednorazowe. – Oparłam plecy na siedzeniu akurat w czasie, gdy auto się zatrzymało, a silnik zgasł. Na znak wysiadłam z pojazdu, nie troszcząc się o fakt, że Bell jeszcze chwilę rozmawiał ze swoją siostrą. Wydawała się być kobietą z głową na karku, poważnie. I tylko jeden rzut oka pozwolił mi o tym pomyśleć.
    Moim oczom ukazał się duży, ładny dom z przestronnym podwórkiem. Zdecydowanie sprawiał wrażenie, jakby mieścił w sobie więcej niż jednego domownika, dlatego na myśl mi przyszło pytanie, czy Bell jest samotny. Korzystając jeszcze z chwili zwłoki, rozejrzałam się dookoła, dostrzegając rośliny otaczające posesję. Było ich mnóstwo, a większość marna, pożółkła i chyląca się ku upadkowi. Nawet mniej lub bardziej intensywne spojrzenie wydawało się suszyć je coraz bardziej. Nie miał czasu dbać czy się po prostu nie chciało? 
    Na nowo rozbudził mnie dźwięk ryczącego silnika. Obok mnie przejechał samochód, który zaraz minął bramę i znalazł się z powrotem na ulicy.
    - Chodź, zamówimy pizze, napijesz się czegoś. Melisski, bo trzęsiesz się jakby cię ktoś dymał. – Bell machnął ręką i dał znak, bym podążyła za nim, co szybko zrobiłam. Dorównałam mu kroku, a wzrokiem zwiedzałam każdy szczegół otaczającego mnie korytarza. No, ale te porównania to miał ciekawe… 
    - Robisz to, bo siostra ci kazała? – zagadnęłam.
    Mężczyzna nie krył się z tym zbytnio i skinął głową.
    - Nie chcę wiedzieć, co mi zrobi, gdy nie wywiążę się z tego. – Wprowadził mnie do rozległego, gustownie urządzonego salonu, gdzie spoczywało kilka terrariów. Cholera, pierwszy raz widziałam osobę, która mieszka z wężami. Mimowolnie powędrowałam w stronę sporych rozmiarów szyb. Podświetlenia i liczne skomponowane ze sobą ozdoby wyglądały tak ładnie, że niemal zostałam zahipnotyzowana. W końcu jednak odpuściłam sobie zwiedzanie, a miejscem mojego spoczynku stała się kanapa. Z niej mogłam zaobserwować, jak Bell, opierając się o blat kuchenny, włącza wodę i łapie za telefon, by zamówić pizze.
    - Melissa jest w pierwszej szafce po prawo, a tu zostawiam kasę, gdyby dostawca pizzy się pospieszył. – Położył banknoty na blacie.
    - Co? – Zmierzyłam go wzrokiem. – A ty dokąd?
    - Wykąpię się. Powinnaś dać sobie beze mnie radę. – Uśmiechnął się delikatnie i zniknął mi z oczu za rogiem.
    Przez dłuższy czas nie robiłam niczego ciekawego. Nie czując się zbyt swojo w mieszkaniu, nie wychylałam się nawet poza progi salonu oraz kuchni. Czułam się wręcz zamknięta w tym mimo wszystko ładnym, ale jakże pustym domu, wypełnianym tylko dźwiękiem wody lejącej się spod prysznica. Odstawiłam poduszkę na bok, jaką wcześniej wtulałam w siebie, i wstałam z kanapy, kiedy po domu zaczął stopniowo rozlegać się irytujący, donośny świst gotowanej wody. Zalałam dwa kubki uspokajającej z reguły cieczy, która miała za zadanie rozluźnić nieco ogarniający mnie stres. Zostawiłam ją na parapecie, by nieco wystygła i spojrzałam na zegar. Odkąd Bell poszedł się wykąpać, nie minęło więcej niż marne dziesięć minut. Chcąc jakoś zająć sobie czas, zaczęłam napełniać pustą szklankę zimną wodą z kranu. Usychające w pomieszczeniu kwiatki wręcz wołały o pomoc, krzyczały, lamentowały, a nikt ich nie słyszał. Po kolei zalewałam ziemię pod nimi wodą, uśmiechając się pod nosem i wyobrażając sobie, że ich delikatne łodygi kołyszą się w geście podziękowania. Cholera, Al, najebałaś się czy jak?
    W kieszeni zaczął wibrować mi telefon, który niemal natychmiast przyłożyłam do ucha, trzymając w drugiej dłoni pseudo-konewkę. Dobra, to była zwykła szklanka.
    - Lucia? – Zmarszczyłam brwi, ledwo przypominając sobie o tym, że przecież istnieje coś takiego jak własne mieszkanie. – Tak, tak, ze mną jest już dobrze, niedługo wrócę do ciebie. – Ciągle słuchałam jej stęsknionego, troskliwego głosu, a słowa, jakie wydostawały się z jej ust nie znały pojęcia „stop”. – Co? Nie radzisz sobie z tematem z biologii? Wiesz, że jestem cienka… te wszystkie gamety i mitocho… – Urwałam nagle, kiedy mimowolnie skierowałam ciało w odwrotnym kierunku i prawie zeszłam na zawał. Bell bezdźwięcznie przemieszczał się po salonie w samym ręczniku opasającym mu nisko biodra. Serce ze strachu niemal podeszło mi do gardła, co za agent. Przycisnęłam telefon do obojczyka i spojrzałam z niemałym wyrzutem.
    - Ale mogłeś chociaż ostrzec – szepnęłam cicho, by Lucia nie zorientowała się, że jestem u kogoś, a nie w szpitalu. Byłaby dla mnie dosyć cięta. Dodałam jeszcze parę słów, nie spuszczając wzroku z Bellamiego i jego klatki ociekającej wodą. Damn. – No tak tak, właśnie ten, będą wymieniać mi kroplówkę. Zadzwonię później.

[Bell? Próbowałam odwzorować jakoś jego charakter, ale jako że nie wiem, jak mi to wyszło, to czekam na poprawki, żeby się tego nauczyć xD mam też mały pomysł, więc jak coś to później napiszę na howrse]
+20PD

7 sie 2018

Od Althei C.D Bellami

    Zupełnie nie wiedziałam, co myśleć. Przez pewien czas wgapiałam się totalnie zaniepokojona zachowaniem mężczyzny, który zaczął mówić do siebie, a w oczach zakorzeniło mu się wyraźne przerażenie. Myślałam, żeby odejść, może go walnąć, zawołać lekarza. Milion szalonych myśli przebiegało przez moją głowę, ale pośród nich zabrakło ucieczki. Bezustannie szukałam odpowiedniego rozwiązania, którego w rzeczywistości po prostu nie było. One nie są jak ja, nie są. Te parę słów krążyło mi po głowie, wirując dookoła.
    - Bell... z kim rozmawiasz? – spytałam z deczka niepewnie. Jego reakcja była dla mnie zupełną zagadką. Bałam się, że mężczyzna mógł być zdolny do wszystkiego i mówiły to nie tylko oczy kryjące obłęd. Zachowanie też. Kurwa, co ja widziałam. Nadal po nadgarstku ściekała mi jego krew, gdy zatrzymał moją dłoń, chroniąc się przed kolejnym uderzeniem.
    - Głośno myślę, idź spać, jeśli chcesz bym został. Musisz odpoczywać, wtedy szybciej wyjdziemy. – Zamiast go słuchać, zaczęłam patrzeć na jego twarz, na co odpowiedział mi ściągnięciem brwi. Był kompletnie spocony. Wystarczyło, że przetarł dłonią oczy i czoło, a umazał się w mieszance potu i krwi. Westchnęłam głośno i rzuciłam mu chusteczki, które spoczywały wcześniej na stoliku obok łóżka.
    - Wytrzyj się, bo lekarze odkryją twój problem i zaczną wymyślać jakieś stwierdzenia. A może nie wymyślać? – Podniosłam jedną brew ku górze. On musiał być na coś chory i nie poddawałam tego żadnym wątpliwościom.
    - Dam sobie radę, idź spać. – Postanowił na swoim, wyciągnął chusteczkę z pudełka i zaczął czyścić sobie nią twarz. Ciągle patrzyłam na niego skrzywiona, że trafiał raczej w te czyste miejsca i kierowałam go słowami: w górę, trochę na prawo. W końcu się z tym uporał.
    - Jesteś chory? – Westchnęłam cicho, starając się, by te pytanie nie zabrzmiało zbyt osobiście. Co jak co, ale nie musiałam spędzać z nim więcej czasu, żeby dojść do tego wniosku. Bell jednak parsknął cicho, jakby rozbawiony, co wywołało u mnie lekkie zdziwienie.
    - Nie znasz nikogo, komu mocno jebie na mózg po tych świństwach od lekarzy? – Machnął ręką. No teraz już znam… 
    Mówił tym samym, zmęczonym głosem, a jego wzrok co jakiś czas wodził za czymś, czego po prostu nie było. Za powietrzem. Otworzył usta, by coś dodać, lecz z jego gardła nie wyszło żadne słowo. Widziałam, jak ścisnął zakrwawioną chusteczkę.
    - Zostaw mnie w spokoju, odejdź – wyszeptał, kierując głowę w moją stronę. Przez jego źrenice przesączał się prawdziwy strach.
    - Bell? – Zmarszczyłam czoło i wtedy doszło do mnie coś, czego raczej nie chciałam się dowiadywać. On nie patrzył na mnie.
    On patrzył za mnie. Jego wzrok powędrował zaraz obok mojej szyi i mimo że zupełnie nie wiedziałam, o co mu chodzi, przesunęłam się trochę w prawo. Nadal patrzył w jedno miejsce. Pstryknęłam mu palcami przed twarzą, sprawiając, że szybko się otrząsnął. Zamrugał kilkakrotnie, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu. Po jego wyrazie twarzy mogłam zrozumieć, że dokładał wszelkich starań, by coś ukryć.
    - Miałaś iść spać – oznajmił twardszym głosem. Nie zamierzałam dłużej protestować i odsunęłam się od łóżka mężczyzny, zaraz kierując się do swojego. Zanim jednak dotarłam do swojego, zamknęłam drzwi, które musiał otworzyć przeciąg. Bałam się jak cholera, że lada moment zza nich może wysunąć się tamten facet. Przełknęłam ślinę i wróciłam do siebie. Pierwszy raz tak bałam się wracać na własną rękę do mieszkania, więc byłam gotowa czekać na Bellamiego tyle, ile trzeba.
    Sen zmorzył mnie prawie nieodczuwalnie. Dokładnie tak, jakbym zamknęła na krótką chwilę powieki, by je następnie otworzyć i ujrzeć, jak ktoś poprzestawiał wskazówki zegara o parę godzin dalej. Zmęczenie nadal osiadało mi na powiekach, nie dając mi nawet w pełni ich otworzyć. Za oknem wczesne światło poranka rozświetlało horyzont skryty za budynkami miasta. Na zegarku widniało wpół do siódmej. Jednak trochę pospałam. 
    Oparłam się na łokciach, chcąc zbadać otoczenie i szybko dostrzegłam Bellamiego, który leniwie podnosił się z łóżka. Na jego plecy nawet nie miałam zamiaru patrzeć, więc korzystając z półmroku panującego w pomieszczeniu, odwróciłam wzrok. Zakrwawiony materiał, jaki mężczyzna na sobie miał, tylko świsnął mi przed oczami.
    - Dzień dobry. – Odchrząknęłam cicho, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. Spojrzał sobie tylko przez ramię i otarł powieki.
    - Jeśli chcesz wyjść, to powinnaś już się zbierać. Za pół godziny moja siostra tu przyjedzie. Potrzebuję prochów. – Skoro raz już to powiedział w mojej obecności, prawdopodobnie przestał się z tym kryć. Wzdrygnęłam się na samą myśl o podobnym świństwie i bez słowa wstałam z łóżka. Lekarze rzadko wchodzili do tego pomieszczenia, co mogłam odkryć przez fakt, że żadne oko nie wykryło całkowicie zakrwawionej pościeli chłopaka. Musieliśmy jednak dać w końcu o sobie znać. U lekarza, który nas zajebiście dobrze kontrolował załatwiliśmy wypisy i od razu opuściliśmy białą, znienawidzoną przeze mnie salę. No dobra, chociaż łóżka mieli wygodne.
    Od przekroczenia progu towarzyszył mi intensywny niepokój, który spowalniał mnie całkowicie. Najwięcej czasu poświęcałam na zaglądanie w każdy miniony korytarz. Mimo że następne były o tej porze puste, obawiałam się, że spotkam tamtego człowieka. Że ciągle się gdzieś kręcił, by wyrównać rachunki.
    - Bell – zatrzymałam go, stojąc w miejscu i niezbyt cicho przełykając ślinę. – Poczekaj przy wyjściu, mamy jeszcze prawie dwadzieścia minut. Skoczę tylko do toalety. – Z tymi słowami odwróciłam się na pięcie, nie troszcząc się nawet o fakt, czy Bell w ogóle postanawia czekać.
    Powiodłam wzdłuż opuszczonych korytarzy, czując narastający wewnątrz strach, który przyspieszył mi bicie serca. Słyszałam tylko swój ciężki oddech, twarde kroki; te dźwięki prawie wywiercały w mojej głowie dotkliwą dziurę. Wtedy, kiedy zupełnie się tego nie spodziewałam, poczułam jak silna dłoń zakrywa mi usta i odciąga mnie za próg, który właśnie miałam pokonywać. Nie wiedziałam nawet, kiedy moje ciało zaczynało stawiać opory.
    - Myślałaś, że cię nie znajdę? – Gorący oddech uderzył mnie w ucho. – Nie lubię, jak ktoś wykorzystuję moją dobroć. – To nie był nikt inny, jak Daryl. Strach niemal zjeżył mi włosy na głowie; chciałam krzyczeć, ale wszystkie dźwięki zamykały się w szczelne dociskanej dłoni. Powoli wręcz brakowało mi tchu.
    Szamotałam się w silnym uścisku, jednocześnie nie wiedząc, co może nastąpić w następnych momentach.
    - Dwa miesiące po terminie, kotku. Zobaczymy co tym razem wykombinujesz. – Ciągnął mnie przez pusty korytarz. Nie był na tyle głupi, żeby awanturować się dłużej w szpitalu. Szkoda, wyglądał na głupiego. Mimo oporów, jakie nieustannie stawiałam, czułam jak przerażenie powoli wyżera mnie bez końca. Modliłam się o cud.

[Bell?]

+20PD

3 sie 2018

Od Althei C.D Bellami

    Ostatnie wyraźne wspomnienia to głośny pisk opon, nagłe szarpnięcie i zanim się obejrzałam, moje ciało upadło z hukiem na asfalt. Kask zamortyzował uderzenie, sprawiając, że głowa tylko obiła mi się o ścianki. Niemal natychmiast porwała mnie błoga nieświadomość i wtedy nie czułam już żadnego bólu, który uszedł ze mnie całkowicie. Powrócił wraz z ledwo otwierającymi się powiekami, jakie wprowadziły mnie w dziwny, biały świat. Pokój szpitalny. Westchnęłam cicho, kiedy do mojej głowy dochodziły jakiekolwiek myśli, takie, które mogłabym złożyć w porządny wniosek. Niemal od razu skazałam się na drażniące bóle, podnosząc się delikatnie z miejsca, a przynajmniej tak, by przeczesać świat leniwym spojrzeniem. Wokół mnie z obu stron leżeli inni pacjenci, w tym z lewej rozpoznałam mężczyznę, który spowodował cały wypadek. Co się stało… pamiętałam tylko ostry skręt i jasne światła samochodu. Wciąż nie dochodziło do mnie, dlaczego Bellami stracił panowanie nad motorem. Chociaż bardziej zastanawiała mnie ta jego energiczna rozmowa z lekarzem, po której nie mogłam nic wielkiego stwierdzić, oprócz jednego. Bellami widział jakieś dziecko? Zaczynałam myśleć, że drinki w barze nie były jego ostatnimi, ale tak właściwie wtedy, na ulicy, w ogóle się nie chwiał i to wprowadzało mnie w jeszcze większe refleksje.
    Leżałam spokojnie, nie starając się zbyt ruszać. Korzystałam z chwili totalnego odpoczynku, choć bolesnego, to szanowałam ten czas jak nic innego. Przesiedzenie tutaj jednak więcej niż godzinę czy dwie było ostatnim, czego chciałam, więc lekarz wyskakujący z jakąś kontrolą wywołał we mnie swego rodzaju bunt. Nie mogę leżeć zbyt długo. Przeniosłam się do siadu akurat w chwili, kiedy drzwi uchyliły się ze skrzypieniem, wpuszczając do pomieszczenia ładną dziewczynę o wręcz kruczoczarnych włosach. Chcąc nie chcąc, moje spojrzenie wędrowało za nią i doprowadziło mnie do łóżka Bellamiego, przy którym zasiadła. Nie podglądaj, Al, ani nie podsłuchuj, nie twoja sprawa. Zwróciłam głowę w sufit i jakby to było coś najnormalniejszego w świecie, wyjęłam wenflon z żyły, by odzyskać wolność. Szłam tak szybko, na ile pozwalały mi obolałe nogi, jednak nie na tyle, by uciec przed natrętnym lekarzem, który dopadł mnie niczym naprawdę denerwujący komar.
    - Nie może pani się podnosić – zaprotestował z powagą, na co zareagowałam podniesieniem ręk w znaczeniu spokojnie.
    - Chciałam tylko wyjść do łazienki. To poważna sprawa. – Westchnęłam cicho, nie kryjąc zmęczenia, które wyżerało mnie od środka.
    - Jeśli chce pani się załatwić, może pani to zrobić do… – przerwałam mu pewnie w zdaniu, na co spojrzał się zdezorientowany.
    - Nie, nie skorzystam. Mam sprawne nogi, wszystko, dam radę. – Minęłam lekarza i niemal natychmiast dobiegł do mnie nieprzyjemny zapach szpitali. Jak ja ich nienawidziłam. Ta dziwna woń i atmosfera, które sugerowały, że ludzie przychodzą tu, by umrzeć, a nie się wyleczyć.
    Omiotłam wzrokiem dokładnie długi, zapełniony korytarz i nagle wręcz poczułam, jakby ktoś złapał mnie za spojrzenie oraz zatrzymał je sobie, wbrew mojej woli. Niedaleko najbliższych drzwi stał rosły facet, ubrany w skórzaną kurtkę, z niebezpiecznym wzrokiem wbitym prosto we mnie. Z miejsca rozpoznałam kto to i nie umiałam nawet powstrzymać dreszczu niepokoju. Mężczyzna nazywał się Daryl, wisiałam mu pieniądze już dobre dwa miesiące. Zupełnie zapomniałam o jego istnieniu, a wrócił on do mojej pamięci z podwójną siłą, właśnie przy tym spotkaniu. Szybko cofnęłam się z powrotem do sali, speszona świdrującym spojrzeniem. Doszłam do wniosku, że póki tutaj jestem, nic nie powinno mi się stać.
    Trafiłam na moment, w którym Bellami i czarnowłosa kobieta kończyli wymianę zdań ostrymi szeptami. Prawie wpadła na mnie przy wyjściu, jednak mimo lekko opóźnionego refleksu udało mi się uniknąć ciosu pochodzącego od jej ramienia. Choć była znacznie niższa ode mnie, to wydawała się być osobą o dosyć silnym charakterze, co mogłam jedynie przypuszczać. Mój wybawiciel nie wyglądał na zbyt spokojnego i to było bardziej niż pewne. Nieustannie wlepiał gdzieś swoje spojrzenie, zatrzymując je na ścianie i to wyglądało tak, jakby jednocześnie nie patrzył w nic. Wpatrywał się w przestrzeń między atomami.
    - Hej, kierowco. – Przywitałam się cicho, ściągając na siebie jego wzrok, który na pewno wydawał się bardziej skupiony niż przed chwilą. – Jak się czujesz?
    Otworzyły się drzwi, przez które weszła pielęgniarka, a ja głupia ciągle bałam się, że to ten gość z korytarza. Czułam go wszędzie.
    - Na tyle dobrze, by wypisać się na własną odpowiedzialność. – Zgiął się wpół, chcąc podnieść górną część ciała, lecz wyrwało to z niego tylko ciche syknięcie.
    - Właśnie widzę, jak dobrze. A co z kontrolą? – Po tym pytaniu obdarował mnie wzrokiem, który mówił „taa, jakbyś sama miała zostać na kontroli”. Rzeczywiście miał rację. Mimo wszystko w odpowiedzi jedynie wzruszyłam ramionami.
    - Drugiej takiej okazji do wyleżenia się może nie być, więc pomyśl nad tym – mruknęłam cicho i wróciłam do swojego łóżka, które znajdowało się zaraz obok.
    Mimowolnie ułożyłam się na wznak, przymykając oczy ze zmęczenia i zdawało mi się, że dzielą mnie chwile od zaśnięcia. Jednakże te chwile zaczęły przeciągać się w długie minuty, a zmęczenie nie schodziło mi z powiek, podsycając irytację. Zupełnie nie mogłam znaleźć drogi do snu. Bezustannie przewracałam się z boku na bok, zdenerwowana tymi białymi ścianami, które aż prosiły ludzi o szybkie wyzionięcie ducha. W końcu jednak do moich uszu dotarł dziwny dźwięk, który zjeżył mi włos na głowie – coś jakby drapania, usilnego szurania po czymś. Nie umiałam tego wytłumaczyć, dopóki nagły, rozdzierający krzyk nie przerwał każdej myśli. Zerwałam się wtedy z łóżka i zupełnie zaskoczona, a może zwyczajnie przerażona, zwróciłam głowę w kierunku źródła dźwięku.
    Odkryłam, że był nim Bellami. Miał zamknięte oczy, bez przerwy szamotał się na łóżku. Wręcz próbował wyszarpać się z własnych objęć. Sięgał rękoma za pracy jak tylko mógł, a ja zrozumiałam, że mimo iż trzymałam otwarte usta, nie wydostawało się z nich żadne słowo. Nim się obejrzałam, znajdowałam się już przy łóżku mężczyzny i próbowałam cokolwiek zrobić. Krzyknął jeszcze raz, potem drugi. Próbowałam go jakoś wybudzić, szturchałam jego ramię mocno, dosłownie ciągnęłam za jego ręce, by w końcu przestał sięgać pleców, lecz oprócz tego, że mężczyzna ciągle przeżywał koszmar, to także niebezpiecznie się szarpał. Widziałam smugi krwi na materacu i przerażało mnie to coraz bardziej. Przerażał mnie też fakt, że nie umiałam wydać z siebie żadnego porządnego dźwięku, każda choć zapowiedź słowa była uciszana krzykami mężczyzny.
    - Cholera, wybudź się! – Zamachnęłam się i trafiłam mocnego plaskacza w jego policzek, który natychmiast zaczerwienił się i uwolnił niesamowite ciepło. Coś podziałało. Dla wzmocnienia efektu, chciałam to powtórzyć, lecz w ostatniej chwili mężczyzna zatrzymał moją rękę przed swoją twarzą. Krew z jego paznokci i palców, ściekająca wszędzie, ubrudziła mi skórę i spoglądałam na to przez dobry moment. Mężczyzna był tak spocony, jakby przebiegł maraton i to był niezaprzeczalny fakt, jaki stwierdziłam zaraz po zobaczeniu jego twarzy.
    Przyłapałam się na mocno przyspieszonym, zdenerwowanym uśmiechu.
    - Coś ty sobie zrobił? – Zmarszczyłam nagle brwi, gdy tylko mnie puścił i przetarł ostrożnie czoło z potu. – Co z tobą, do cholery?! – Nie umiałam nawet powstrzymać pytań wręcz cisnących mi się na usta.

Bellami?

+20PD